Maska, dla lubiących 'łaskotki' - Filorga Scrub&Mask

1/25/2017 Marta Gałuszka 2 Comments

Przewrotny tytuł niniejszego posta, prawda? :) Ale to sama prawda, bo produkt Filorga Scrub & Mask to peeling i maska w jednym, ale za to maska o niezwykłych właściwościach! Ten produkt również znalazłam w presspacku po Sephora Open Doors i cóż powiedzieć, bardzo się polubiliśmy.


Kilka słów od producenta:
Innowacyjna maseczka do twarzy Filorga, łączy w sobie dwukierunkowe działanie: złuszczające i dotleniające. Preparat składający się z dwóch, kompatybilnych kierunków działania, daje dogłębne i długotrwałe działanie na skórę. Pierwszy etap - eksfoliacji, ma na celu usunąć martwe komórki warstwy rogowej, zanieczyszczenia oraz nadmiar sebum. Dzięki temu, skóra jest maksymalnie przygotowana do absorpcji składników aktywnych z drugiego etapu maski czyli dotlenienia. Składniki aktywne w postaci kompleksu witaminowego NCTF i kwasu hialuronowego przenikają w głębsze warstwy skóry, zapewniając intensywną rewitalizację i nawilżenie skóry. 
Filorga Scrub&Mask daje natychmiastowe uczucie świeżości i witalności, zapewnia komfort i ukojenie skórze. Lekka konsystencja maski łatwo się rozprowadza, nie powoduje podrażnień ani zaczerwienienia skóry, która pozostaje promienna i nawilżona. Preparat stanowi alternatywę dla zabiegów medycyny estetycznej, działając podobnie jak mezoterapia igłowa. Terapia maską złuszczającą Filorga jest kuracją biologiczną, bezpieczną i niezwykle skuteczną. 




Jak już wspominałam, jest to produkt 2 w 1, czyli peeling i maska. Produkt wydostajemy z opakowania po prostu naciskając na "talerz", ze środka którego wydobywa się porcja maski/peelingu. Czuć pod palcami złuszczające drobinki, które działają na zasadzie peelingu enzymatycznego delikatnie rozpuszczając martwe komórki naskórka. Produkt aplikujemy ruchami okrężnymi masując skórę, a potem zostawiamy na około 10-15 min i spłukujemy letnią wodą. Zaraz po nałożeniu zaczyna się magia, a raczej bardzo dziwne uczucie łaskotania. Bierze się to stąd, że maseczka zaczyna delikatnie bąbelkować, a te bąbelki pękać, co powoduje właśnie delikatne łaskotki. Przyznam szczerze, że lubię nawet to uczucie, całkiem relaksujące :) Po zmyciu naszym oczom ukazuje się odświeżona i dosyć "tępa" w odczuciu skóra, która aż się prosi o krem nawilżający. Stosuję tę maskę co najmniej raz w tygodniu, choć można po nią sięgać nawet 2-3 razy w tygodniu. Bardzo się polubiłyśmy, tylko cena jest nieco zaporowa, około 150 zł (w promocji, a normalnie około 185 zł) za opakowanie 55 ml (choć starcza na całkiem długo).

A poniżej prezentacja efektu, jaki daje maska nałożona na skórę. Na początku zaczynają się wytwarzać bąbelki, które później pękają - to oznacza, że maska działa :)



2 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Steamcream, czyli krem parowy

1/22/2017 Marta Gałuszka 6 Comments

Cóż za ciekawa nazwa dla kremu, prawda? Taki oto krem parowy wpadł w moje ręce po Sephora Open Doors. A ponieważ moja skóra, choć mieszana, jest bardzo wymagająca i potrzebuje naprawdę silnego nawilżenia, tym chętniej zaczęłam go używać. Co o nim myślę po ponad 2 miesiącach używania (na zdjęciu zużycie po 2 miesiącach codziennego używania na noc)?



Kilka słów od producenta:
Produkcja kremów opiera się na wyjątkowym procesie polegającym na zastosowaniu pary wodnej (z ang. "steam"), dzięki któremu powstaje naturalnie skuteczna, lekka w konsystencji emulsja, którą twoja skóra natychmiast przyswaja.
Większość kremów powstaje na bazie złożonych cząsteczek połączonych ze sobą w procesie emulgacji. Problem polega jednak na tym, że cząsteczki te pozostają na powierzchni skóry, nie wnikając w jej głębsze warstwy. Produkty Steamcream są wykonywane ręcznie, przy użyciu wysokiej jakości naturalnych składników połączonych ze sobą strumieniem pary. Ta unikalna metoda nadaje kremowi lekkiej konsystencji, zapewniając długotrwałe nawilżenie twarzy. Struktura produktu sprawia, że staje się on pożywnym smakołykiem zarówno dla ciała, jak i dłoni. Krem produkowany jest ręcznie w Wielkiej Brytanii i Japonii ze świeżych składników o możliwym do śledzenia pochodzeniu. Krem zapewnia niezwykle intensywne nawilżenie, natychmiast wsiąka w głąb skóry i odżywia ją. Dzięki niemu skóra staje się naturalnie piękna.

Z początku bałam się, że krem będzie bardzo tłusty i mnie zapcha (a moja cera ma do tego skłonności), zatem z pewną dozą nieufności zaczęłam jego aplikację na twarz i szyję codziennie wieczorem. Muszę przyznać, że krem pomimo swej dosyć gęstej konsystencji, na skórze zachowuje się zaskakująco "lekko" i ekspresowo wchłania. Może zatem stanowić świetną bazę pod makijaż, choć ja na co dzień stosuję jednak nieco lżejszy krem (z Eisenberg). Moje obawy zostały szybko rozwiane, gdyż krem absolutnie nie ma właściwości zapychających, a wręcz pielęgnujące. Skóra jest ukojona, dogłębnie nawilżona, rano nie czuć na niej tłustego filmu. Myślę, że jest świetnym dodatkiem do pielęgnacji skóry 20-latki, dla 30-latki może nie być wystarczający.



Nie sposób nie wspomnieć również o przepięknym opakowaniu. Moje to akurat różowe cudo ze śnieżynkami (edycja zimowa), ale krem ten kupicie w wielu kolorowych, cieszących oko opakowaniach. Jest aluminiowe, łatwo się zakręca, łatwo jest je też zabrać ze sobą, choć do najmniejszych nie należy. A wydajność? Stosując krem tylko na twarz i dekolt przez 2 miesiące zużyłam około 1/3 opakowania!


Krem można zakupić stacjonarnie w Sephorze w cenie około 60-70 zł za opakowanie 75 ml. Można też go zakupić przez Internet, np. w sklepie Swederm.

Skusiłam? ;-)

6 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

#gradientchallenge - part I

1/19/2017 Marta Gałuszka 9 Comments

Mniej więcej w połowie grudnia wymyśliłam sobie wyzwanie makijażowe, któremu chciałabym sprostać. W mojej głowie zrodził się pomysł fajnie ułożonego profilu na Instagramie, gdzie co trzeci kwadracik będzie plamą jednego, bądź 2 kolorów tworzących w dłuższej perspektywie przenikający się gradient. I tak o to powstało moje wyzwanie, makijaż inspirowany tymże kwadracikami, a raczej kolorami, z których są skomponowane.

Założeniem jest, by makijaż oczu i ust zrobić tylko przy użyciu jednego, w porywach dwóch kolorów, zgodnie ze schematem ich przenikania się w gradiencie. Na ten moment stworzyłam już 11 makijaży, a to jeszcze nie koniec! Jeśli chcecie zobaczyć, jak obecnie wygląda mój profil na Instagramie - zapraszam do klikania o TUTAJ!

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić pierwszą częścią makijaży, które zmalowałam w ramach #gradientchallenge :) Być może któraś z Was do mnie dołączy? Będzie mi bardzo miło!

Aaa i dajcie znać w komentarzach, który look najbardziej Wam się podoba! :)








9 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Pędzle, które nie tylko cieszą oczy

1/16/2017 Marta Gałuszka 16 Comments

Już dawno przestałam liczyć to, ile mam pędzli do makijażu. Zapewne liczba ta mocno zbliża się do 200 sztuk, ale nie przeszkadza mi to w gromadzeniu kolejnych! Na gwiazdkę sprawiłam sobie sama prezent i kupiłam zestaw pędzli do makijażu oczu Zoeva z serii Rose Gold. Jestem sroką, uwielbiam ładne rzeczy, a zwłaszcza różowe złoto - nie mogłam więc przejść obok nich obojętnie... ;-)




Do zakupu skłoniła mnie ogromna ilość pozytywnych opinii o pędzlach Zoevy, a dodatkowo załapałam się na zniżkę 30% na Minti Shop. Zdecydowałam się na zestaw 12 pędzli do makijażu oczu wraz z kosmetyczką, kosztował mnie około 250 zł. Muszę przyznać, że naprawdę cieszą oko, wyglądają pięknie i są dopracowane w każdym calu. Jeśli chodzi o włosie, to nie mam do czego się przyczepić, jest mięciutkie. Pędzlami świetnie się pracuje, "miotełki" ładnie rozblendowują kolory, a pędzelki do brwi są na tyle sztywne, że naprawdę łatwo jest uzyskać nimi perfekcyjny łuk brwiowy. Miałam obawy, czy włosie będzie farbować od niektórych cieni (np. zieleni, czy niebieskości), ale Parian Spirit (świetny płyn do pędzli) bardzo dobrze sobie radzi z czyszczeniem, pigment też nie wnika we włosie. Na ten moment, po miesiącu, pędzle w dalszym ciągu są w nienagannym stanie, nie wypada z nich włosie i zachowują swoją pierwotną sprężystość. Tylko tak dalej!

Natomiast nie używam ich na co dzień, a raczej w bardziej wymagających makijażach, gdzie istotą jest idealne rozblendowanie granic cieni. Być może w końcu przekonam się do kanału na YT i wtedy będą jak znalazł :)

A poniżej zbliżenie na poszczególne pędzle:
3 super miękkie "miotełki" do blendowania. Świetnie do rozcierania granic cieni!

Pędzel 232 idealnie nadaje się do przyciemniania zewnętrznego kącika oka, czy też załamania powieki, a 325 to pędzel dedykowany do rozświetlania łuku brwiowego - faktycznie, kształt ma idealny!

Wszystkie 3 powyższe pędzle świetnie sprawdzą się przy metodzie cut-crease. Są niesamowicie precyzyjne!

Co prawda pędzel 142 dedykowany jest do korektora, ale IMHO, świetnie nada się też do rozcierania granic cieni, zwłaszcza, jeśli mamy duże przejście kolorystyczne. Natomiast 235 świetnie podkreśli zewnętrzne załamanie oka.

Bardzo fajne i niesamowicie precyzyjne syntetyczne pędzelki. Nr 322 genialny do podkreślania brwi, a 310 świetnie sprawdzi się np. przy rysowaniu precyzyjnych kresek wzdłuż dolnej linii rzęs.
A Wy jesteście już szczęśliwymi posiadaczkami pędzli Zoeva? Ja myślę już o kolejnych (będę natomiast polować na promocje w Sephorze, bo tam też są dostępne te pędzle, a Sephora ma promocje częściej niż Minti Shop). Moje oczy zerkają też w stronę pędzli Maxineczki, oj kuszą, kuszą... :)

16 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Błyszcz mała, błyszcz :)

1/13/2017 Marta Gałuszka 15 Comments

Muszę się przyznać… Jestem absolutną sroką. Uwielbiam świecidełka, w każdej postaci, a w makijażu zwłaszcza. Przez bardzo długi czas nie wyobrażałam sobie makijażu bez metalicznych/perłowych cieni (dopiero teraz przepraszam się z matami ;-)). Dlatego jak tylko wpadłam do Inglota, to absolutnie przepadłam!

Przy ostatniej wycieczce do Arkadii, zajrzałam do Inglota, aby obejrzeć kolekcję „What a spice”, a wyszłam stamtąd z dwoma świecidełkami. Pokusiłam się na przepięknie błyszczące i opalizujące na różne kolory pyłki AMC Pure Pigment Eyeshadows.


Zakochałam się bez pamięci w niebieskim pyłku o numerze 113 (kocham wszystko co niebieskie, a o zgrozo, makijaży z niebieskościami u mnie raczej niewiele), a także w trudnym do określenia jednoznacznie złoto-beżowo-brzoskwiniowym błyszczącym cieniu (numer 115). Każdy pyłek kosztował mnie 39 zł, a kupiłam je z zamiarem dodawania do makijaży jako wyjątkowy dodatek, który będzie odmieniał zwykły dzienniak, czy też smokey eye w coś wystrzałowego! I wiecie co? Mam chrapkę na więcej! Tylko portfel się trochę buntuje… ;-)




Inglot to dosyć niedoceniana przeze mnie firma. Ale od niedawna zaczęłam przekonywać się do ich produktów. Uwielbiam ich pomady do brwi (numerek 12 to mój absolutny ideał), uważam, że są nawet lepsze od sławnej pomady Anastasia Beverly Hills. Teraz polubiłam pyłki, a kto wie, co będzie za niedługo? Być może przyjdzie pora na klasyczne, prasowanie cienie, bo z tymi nie miałam jeszcze tyle styczności, a ofertę matów mają chyba najszerszą na rynku.

PS. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła jakiegoś makijażu z ich użyciem ;-)




15 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Podkład Kat Von D - czy naprawdę taki dobry?

1/11/2017 Marta Gałuszka 13 Comments

Podczas mojego pobytu w USA w styczniu ubiegłego roku przyglądałam się ofercie marki Kat Von D Beauty, chociaż powiem szczerze, że wtedy nic jakoś specjalnie nie przykuło mojej uwagi. Kupiłam sobie na próbę osławiony eyeliner Trop Liner, ale trochę się zawiodłam (zapewne pojawi się o nim wpis). Na inne produkty nie zwracałam uwagi, bo jakoś wydawało mi się, że podobne kolory już posiadam w swoim kuferku. W czasie naszej podróży do Los Angeles z marką NYX, Katosu zakupiła na próbę podkład Kat Von D Lock It i już po powrocie, po jakimś czasie zasłużył on na miano jej ulubieńca miesiąca. Wtedy trochę pożałowałam, że jednak nie zwróciłam na niego uwagi, kiedy miałam ku temu okazję.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze i skorzystałam z pomocy koleżanki, która wybierała się do Los Angeles w sierpniu i poprosiłam ją o „małe” zakupy. Tak oto stałam się posiadaczką tegoż podkładu. Wybrałam taki sam odcień jak Katosu, ponieważ mamy identyczny koloryt skóry – zdecydowałam się na Light 45, który jest nieco ziemisty/oliwkowy.



O podkładzie mogę na pewno powiedzieć, że ma super opakowanie! Przezroczysta buteleczka typu airless pokazuje, jak dużo jeszcze mamy podkładu do wykorzystania, więc na pewno nie zostaniemy niemiło zaskoczone nagłym końcem produktu.  Konsystencja podkładu jest baaaardzo gęsta, naprawdę gęsta, a przez to podkład jest kryjący i niestety, ciężki. Pomimo nakładania naprawdę cieniutkiej warstwy (dosłownie odrobina produktu), jest tak ciężki, że skórze ciężko jest oddychać po jego nałożeniu (za to ma minus). Jeśli stosuję go częściej niż okazjonalnie, potrafią się pojawić zaskórniki (niestety, taki typ cery, mieszana, z tendencją do niedoskonałości). Ale za to świetnie się sprawdza jako podkład do zadań specjalnych, albo na wyjątkowe okazje (impreza/ślub/wesele/sesja zdjęciowa). Kryje mocno, ale moje naczyniaki (plamy a’la czerwone wino) w dalszym ciągu są delikatnie widoczne, podobnie jak ślady po świeżo wyciśniętym pryszczu (co mi się ostatnio coraz rzadziej, na szczęście, zdarza).



Krycia tego podkładu lepiej jednak nie stopniować dodając warstwy, bo wtedy zrobi nam się ciasto. I najlepiej jest go po aplikacji dokładnie przypudrować pudrem transparentnym (z którym świetnie współpracuje – testowałam zarówno puder Ben Nye, jak i RCMA No Color Powder), aby nie wchodził w żadne załamania skóry i nie oksydował. Przy skórze mieszanej wytrzymuje w stanie nienagannym całkiem długo, bo około 8-10h, potem można ściągnąć nadmiar sebum bibułką matującą i w dalszym ciągu cieszyć się dobrze wyglądającym makijażem.

Podkład sam w sobie jest warty uwagi, ale przy cerach skłonnych do zapychania polecałabym go stosować naprawdę okazyjnie. Problemem może być jego dostępność, bo produkty Kat nie są dostępne w Polsce, ale można je kupić w Europie (UK i Hiszpania). Zatem przy okazji wycieczki do jednego z tych krajów, warto zahaczyć o Sephorę i przyjrzeć się ofercie marki Kat Von D Beauty :) Ja sama mam ochotę przetestować jeszcze ichniejszy korektor (jestem korektorową fetyszystką ;-)) i cienie!

Poniżej zdjęcia przed i po nałożeniu podkładu (bez użycia korektora):



PS. Za podkład zapłaciłam 35$, całkiem sporo, ale do przełknięcia patrząc na jego wydajność.

13 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

To już 6 lat!

1/07/2017 Marta Gałuszka 9 Comments

Niesamowite jest to, jak czas szybko leci. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj - 7 stycznia 2011 roku - dzień, w którym podjęłam decyzję o założeniu bloga i jednocześnie pojawił się pierwszy post. Nie sądziłam, że w jakiś sposób jego powstanie zmieni moje życie, a jednak - zmieniło. Dzisiaj świętuję 6 rocznicę od kiedy blog powstał, a przez ten czas ewoluował. Zmieniła się szata graficzna (kilkukrotnie), a także nazwa, tylko ja jestem niezmienna ;-)



Blog założyłam za namową znajomego (Arku, dziękuję!). Był to dosyć trudny czas w moim życiu, dlatego nie aktualizowałam go zbyt często, ale systematycznie nabierałam wiatru w żagle! Był to też czas, kiedy wykazywałam sporą aktywność na forum wizaz.pl, wymieniając opinie z innymi blogerkami i biorąc udział w konkursach na makijaż. Przełomem okazała się wtedy pierwsza wygrana w konkursie Rimmel (później było ich jeszcze kilka, w tym nawet nagrodą była sesja w Glamour). Ten fakt sprawił, że postanowiłam stać się lepsza w malowaniu. Dzisiaj, kiedy patrzę na swoje stare zdjęcia i makijaże, chce mi się śmiać. Coś, co kiedyś wydawało mi się super pomysłem i realizacją, dzisiaj zupełnie nie przechodzi moich standardów jakości ;-)

Tutaj np. mój zwycięski makijaż z konkursu Rimmel i Glamour (ach, to roztarcie i te znaki wodne... :)):


Te 6 lat bardzo mocno mnie ukształtowało. Każda wygrana w konkursie, a było ich przez ten czas całkiem sporo (m.in., główna wygrana w konkursie Maybelline, ambasadorstwo Astor, udział w finale Sephora University gdzie mogłam poznać Maxineczkę i Karolinę Zientek, wyróżnienia na stronach bhcosmetics.com, makeupbee.com, makeupgeek.com, itd.), dodawały mi skrzydeł i pokazywały krytycznie patrzącym na moje działania bliskim, że jednak coś tam potrafię i blog może potencjalnie być moją pracą. No cóż, blog pracą się nie stał, ale dzięki niemu miałam szansę pracować tam, gdzie zawsze chciałam - w branży kosmetycznej i poznawać najpopularniejsze, w Polsce i nie tylko, marki z bliska. Z tego powodu przeprowadziłam się również do Warszawy. Pracując w branży nie mogłam aktualizować bloga, czego po dłuższym okresie czasu zaczęło mi naprawdę brakować. Pracę zmieniłam (i nie żałuję), a obecnie blog i Instagram stanowią moją odskocznię od dnia codziennego i sprawiają niesamowitą frajdę! Choć jest to praca sama w sobie, bo przygotowanie zdjęć i tekstów na posty zajmuje naprawdę dużo czasu (przeznaczam na to każdy weekend), to jednak miło jest widzieć, że ktoś te moje wypociny czyta i ogląda, a nawet się podobają :)

A poniżej makijaże, dzięki którym wygrywałam różne konkursy:
Finalistki konkursu na Ambasadorkę Astor, a wśród nas 5 Ambasadorek (tak, mnie też się udało! :))
Jeden z moich ulubionych stworzony w ramach cyklu "Project Rainbow"
i który zapewnił mi finał w konkursie Sephora Univeristy (wybrano 6 finalistek spośród 8k zgłoszeń!). Dzisiaj zapewne zrobiłabym go inaczej ;-)  Link do notki z tym makijażem: http://www.trustmyself.pl/2012/05/wrzuc-roz-rozowy-tydzien.html
Główna wygrana w konkursie Maybelline - jeden z piękniejszych dni w moim życiu :) Zadaniem konkursowym było odtworzenie 3 face chartów.
Blog zmienił też samą mnie. 6 lat temu nie wierzyłam w siebie, byłam niczym szara myszka, która sądziła, że nic w życiu nie osiągnie. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Dzięki prowadzeniu bloga miałam szansę poznać niesamowite osoby, pracować z wieloma markami (polskimi i zagranicznymi), brać udział w ciekawych eventach, a samo prowadzenie bloga znacznie ułatwiało mi zdobycie pracy. To doświadczenie, które z niego wyniosłam, jest dla mnie absolutnie cenne w obecnej pracy.

Chciałabym też podzielić się z Wami moimi ulubionymi makijażami z okresu tych 6 lat (chociaż jak teraz na nie patrzę, to wiele bym zmieniła, ale w tamtym czasie zdjęcia robiłam zwykłym kompaktem, zazwyczaj bez dodatkowego oświetlenia):
Praca stworzona na konkurs Benefitu. Konkursu nie wygrałam, ale z mejkapu jestem do tej pory baaaardzo zadowolona :)
Swego czasu baaaardzo mocno śledziłam działania dyrektor artystycznej Illamasqui, Alex Box. Stąd powstał ten makijaż inspirowany jedną z jej prac "Theatre of nameless". Do tej pory go uwielbiam i jestem z niego dumna - pierwszy makijaż, na który poświęciłam prawie 3 godziny, aby go zrobić!
Moje małe eksperymenty z kolorem - ten makijaż doczekał się nawet sportretowania przez bardzo zdolnego rysownika!
Tutorial do tego makijażu wywołał wiele szumu w sieci - Maybelline postanowiło go sobie "pożyczyć" bez mojej wiedzy ;-)

Na sam koniec chciałabym podziękować Wam wszystkim, którzy odwiedzacie mojego bloga i zostawiacie komentarze pod wpisami. Gdyby nie Wy, pewnie umarłby śmiercią naturalną, a moje umiejętności makijażowe i fotograficzne nadal byłyby na kiepskim poziomie. To Wy jesteście dla mnie motywacją, aby przekraczać swoje granice i pędzić ku względnej perfekcji (względnej, bo perfekcjonizm jako taki, jest nudny). Mam nadzieję, że będziecie ze mną nadal? :)


9 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Pomadki matowe - Jouer, Huda Beauty, Milani, Models Own

1/03/2017 Marta Gałuszka 17 Comments

Jestem absolutną fanką matowych pomadek i nawet nie chcę liczyć, ile ich już mam w swojej kolekcji :) A liczba ta ciągle rośnie i rośnie, bo przecież jest tyle nowości, tyle kolorów (co z tego, że mi się powtarzają), no trudno nie kupić! Łasa jestem zwłaszcza na te pomadki, których na polskim rynku raczej się nie uświadczy. Dlatego dzisiaj na tapecie będą pomadki Jouer Cosmetics, Huda Beauty (tych dwóch w Polsce ot tak nie zakupimy, ja je kupiłam na Cultbeauty) oraz Milani Cosmetics i Models Own (które w Polsce są dostępne w sklepie online colorsvibe.pl).

Na pierwszy ogień pójdą pomadki Jouer Cosmetics. Zachorowałam na nie, kiedy tylko na Instagramie Jouer zobaczyłam zdjęcia metalicznej, matowej pomadki Lip Creme w odcieniu Papaya, absolutnie przepadłam! Wszystko, co jest w kolorze różowego złota, przykuwa totalnie moją uwagę i od razu pragnę to posiadać. Na dokładkę wybrałam przyjemny, zgaszony róż, czyli kolor Lychee (formuła bezdrobinkowa, to klasyczny mat). Uwielbiam zapach tych pomadek, słodziutki, jak budyń waniliowy. Trwałość zadowalająca, ale trzeba uważać z ilością produktu, który nakładamy na usta - zbyt dużo spowoduje kruszenie się po jej zastygnięciu (nic przyjemnego). Papaya wygląda ciekawie solo (choć widać pociągnięcia aplikatora), ale w pakiecie z jakimś nudziakiem jako baza, tworzy pięknie odbijającą światło, złotą taflę. Jedna pomadka kosztowała mnie 15 funtów, czyli niemało, ale nie żałuję, obie są piękne :) Niestety, trochę przesuszają usta.






Na drugi ogień pomadki Huda Beauty. Huda to niezwykle przedsiębiorcza kobieta, a jej produkty są naprawdę warte uwagi. Wiele dobrego słyszałam nie tylko o jej rzęsach, ale i pomadkach, stąd moje zakupy. Niestety, trochę się zawiodłam... Dlaczego? No cóż, pomadki Hudy tanie nie są (podobnie jak i inne jej produkty) - 18 funtów, więc oczekiwałam od nich wiele. Pierwsze, co mi się w nich nie podoba to zapach, chemiczny, niezbyt przyjemny, ale na szczęście w miarę szybko się ulatnia. Druga rzecz to krycie, zwłaszcza odcienia Material Girl - naprawdę pozostawia wiele do życzenia. Tworzy prześwity, a dokładanie kolejnych warstw mija się z celem, bo pomadka zaczyna się łuszczyć. Gossip Girl nieco lepiej zachowuje się na ustach, choć obie pomadki potrafią przesuszyć usta. W tym przypadku mam wrażenie, że płacę raczej za ładne opakowanie (bo naprawdę i pudełko, i samo opakowanie z mrożonego szkła są piękne), a nie za jakość produktu, a szkoda.








Na deser zostawiłam pomadki z kuźni Everdea, czyli Milani Cosmetics i Models Own. Pomadki te dostałam podczas eventu zorganizowanego przez Colorsvibe.pl. Obie matowe, choć Milani jest metaliczna, a Models Own iście fluorescencyjna, ale jednolita :) Pomadka Models Own Lix Matte Liquid Lipstick pachnie miętowo, daje uczucie orzeźwienia na ustach, przy tym kolor jest wręcz żarówiasty, trudny w noszeniu, zwłaszcza dla osób, które nie mają idealnie białych zębów, aplikator zostawia też smugi. Milani Amore Matte Metallic Lip Creme za to pachnie bardzo słodko, karmelem (aż chce się zjeść). Kolor może nie jest idealny na co dzień, ale po zastygnięciu na ustach wygląda naprawdę ciekawie.




A na deser makijaż wykonany paletką Models Own, na ustach pomadka Milani Amore Matte Metallic Lip Creme :)


17 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)