SPA we własnej łazience

4/19/2017 Marta Gałuszka 1 Comments

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie prysznic jest jedną z ulubionych czynności w ciągu dnia. To dla mnie czas relaksu, odprężenia, oderwania się na chwilę od przyziemnych spraw. Dlatego uwielbiam go celebrować, na różny sposób.

Co prawda nie posiadam wanny, ale nie znaczy to, że nie mogę sobie zrobić domowego SPA również pod prysznicem. Z pomocą przychodzi mi wtedy Luksja Care Pro Oils, czyli połączenie kremowego mleczka pod prysznic ze składnikami balsamu do ciała o właściwościach pielęgnacyjnych. Nie muszę chyba wspominać o tym, że produkty z tej serii pachną wręcz obłędnie? A przecież to jedna z najistotniejszych rzeczy w domowym SPA.

Wiecie jak to bywa, kupujecie żel/krem pod prysznic, pachnie super, ale po kąpieli Wasza skóra jest bardziej przesuszona, niż nawilżona? Z Luksją ten problem jest zażegnany, bo mleczko przez obecność olejków (wersja z olejkiem arganowym lub olejkiem macadamia) bardzo łagodnie obchodzi się z naszą skórą i ją delikatnie nawilża.

Luksja Care Pro Oils nie dość, że dostaniemy w naprawdę okazałej pojemności 500 ml (!), to jeszcze jest niesamowicie wydajny. Dobrze się pieni, więc wystarcza jego niewielka ilość, aby umyć całe ciało. Ja pokochałam ten krem pod prysznic za niesamowity zapach, który jeszcze długo po kąpieli unosi się na mojej skórze. Pokochałam go również za stosunek ceny do pojemności i jakości – kupicie go za mniej niż 10 zł! I jak tu go nie polecić? :)

1 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Małe wyzwanie makijażowe od Kontigo

3/10/2017 Marta Gałuszka 4 Comments

Dostałam małe wyzwanie od Kontigo - przygotować makijaż krok po kroku wykorzystując produkty, które od nich otrzymałam, a które zostały wybrane specjalnie dla mnie :)

Parę słów o Kontigo:
To sieć sklepów kosmetycznych z  wyjątkową obsługą oraz asortymentem dostępnym w przystępnej cenie dla każdej kobiety, by mogła poczuć się zadbana. W ofercie sklepów znajdują się wyłącznie produkty kosmetyczne do makijażu oraz pielęgnacji ciała, twarzy, włosów, zapachy i akcesoria, aby zapewnić polskim kobietom dokładnie to, czego potrzebują dla podkreślenia swojej urody. Kontigo zapewnia swoim Gościom niezrównaną obsługę o indywidualnym charakterze, uporządkowane strefy do testowania produktów z naturalnym oświetleniem, jak również usługę makijażu. Mając na uwadze trudności w dopasowaniu produktów odpowiednich do indywidualnych potrzeb kobiet, wyspecjalizowany personel oferuje pomoc w dobraniu idealnych produktów oraz edukację w zakresie metod ich aplikacji.


W przesyłce znalazłam produkty marki własnej Kontigo - Mystik Warsaw: pustą paletkę magnetyczną na 5 cieni, 5 prasowanych cieni z serii "Light", brązowy eyeliner w pisaku, rozświetlacz w kredce, a także miedziano-brązowy brokat. Powiem szczerze, że te produkty były dla mnie nie lada wyzwaniem. Głównie z uwagi na kolorystykę, ja taka mało "nudziakowa" jestem i wolę w makijażu używać żywszych kolorów. Ale sprostać wyzwaniu chciałam i chyba sprostałam ;-) Zapraszam zatem na makijaż krok po kroku przy wykorzystaniu produktów Mystik by Kontigo!


1) Całą ruchomą powiekę pokryłam bazą pod cienie. W załamaniu górnej powieki roztarłam cielisty cień o nazwie Barely-Light.

2) W zewnętrznym części powieki ruchomej roztarłam metaliczny, brązowo-złoty cień Amber-Light, łącząc go w załamaniu z uprzednio roztartym cielistym cieniem.

3) W wewnętrznym kąciku roztarłam jaśniutki, delikatnie perłowy cień Air-Light, na niego w mniej więcej połowie powieki, nałożyłam różowo-złoty cień Rose-Light i połączyłam go z metalicznym brązem delikatnie go w niego wcierając.

4) Dolną linię rzęs podkreśliłam w podobnym stylu, jak powiekę ruchomą. W zewnętrznym kąciku roztarłam metaliczny brąz Amber-Light, A od połowy dolnej linii rzęs w kierunku wewnętrznego kącika nałożyłam róż.

5) Sam wewnętrzny kącik zaakcentowałam matowym cieniem w kolorze kości słoniowej Angel-Light.

6) Nałożyłam odrobinę kleju do brokatu w wewnętrznym kąciku oka na dolnej linii rzęs i przykleiłam do niego brokat Mystik Sensual Copper.

7) Linię wodną oka podkreśliłam rozświetlaczem w kredce Mystik, wzdłuż górnej linii rzęs poprowadziłam kreskę brązowym eyelinerem w pisaku Little Brown Liner, na koniec wytuszowałam rzęsy i voila! :)



Teraz kilka słów o cieniach Mystik. Cienie otrzymałam w kolorystyce świetnie nadającej się do codziennego makijażu. Do pracy wręcz idealne, można nimi delikatnie podkreślić oczy, dobrze sprawdzą się u osób, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem (krzywdy sobie nimi nie zrobicie). Angel-Light, Air-Light i Barely-Light mają przyjemną pigmentację, która nie ginie przy roztarciu. Cieniami Rose-Light i Amber-Light pracuje się już nieco trudniej, a szkoda, bo mają piękne kolory. Ich potencjał można wydobyć nakładając je na bazę pod cienie. Jestem pozytywnie zaskoczona eyelinerem w pisaku Little Brown Liner. Nie wyobrażałam sobie makijażu bez czarnej kreski, a tu brąz wpasował się wręcz idealnie! Łatwo jest nim operować i narysować równą kreskę. I wiecie co? Chyba w końcu zacznę się przekonywać do eyelinerów w formie pisaka :) Brokat pięknie odbija światło i ogromna szkoda, że zdjęcia tego nie oddają :(


Podsumowując, mam nadzieję, że moja propozycja makijażu wykonanego produktami marki Mystik Warsaw by Kontigo przypadnie Wam do gustu :) Na deser, dorzucam jeszcze zdjęcie całego makijażu twarzy:

4 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Tattoo Liner od Kat Von D, czy Epic Ink Liner od NYX?

3/06/2017 Marta Gałuszka 4 Comments

Jednym z najsławniejszych produktów Kat Von D jest oczywiście Tattoo Liner. Pamiętam jak zachwycona oglądałam na YT jak pięknie sunie po oczach modelek i zapragnęłam go posiadać. Zatem odwiedzając amerykańską Sephorę naturalnym było, że wpadnie w moje posiadanie. Czy się polubiliśmy?


No cóż, zdecydowanie nie jest to miłość, nawet nie zauroczenie, raczej coś z serii "tough love". Bo produkt sam w sobie nie jest zły, ale u mnie się nie sprawdza. Być może coś jest nie tak z moimi powiekami, ale nie potrafię narysować za jego pomocą ładnych, prostych kresek. W dodatku jego czerń jest jednak zbyt mało czarna, mało intensywna. Od tego eyelinera wolę jednak zdecydowanie Epic Ink Liner od NYX, o którym w dalszej części posta. Za to dla eyelinera od Kat znalazłam nieco inne zastosowanie - łatwo jest nim narysować bardziej skomplikowane kształty na twarzy, np. w fantazyjnych makijażach. Wykorzystałam go w taki sposób w swoich halloweenowych stylizacjach.


Nie można mu jednak odmówić trwałości, bo na skórze twarzy utrzymuje się naprawdę długo. Niemniej, produkt nie odpowiada moim potrzebom, choć pewnie fanki eyelinerów w pisaku będą nim zachwycone. Tylko cena jest nieco mniej zachwycająca (20$ + podatek), a także dostępność - z Polski najbliżej mamy szansę go kupić w UK lub Hiszpanii. Dlatego genialną dla niego alternatywą jest eyeliner Epic Ink Liner od NYX, który możemy kupić w Polsce i kosztuje 41 zł (w USA 8$), więc różnica w cenie znaczna. A jak z jakością?


Epic Ink Liner wygląda jak eyeliner w pisaku, ale pisakiem nie jest. Zamiast gąbeczki posiada super precyzyjny pędzelek. A ja jestem fanką eyelinerów w pędzelku! Sunie po skórze jak marzenie, nie przerywa kreski w trakcie malowania po załamaniach skóry, jak potrafi to robić eyeliner od Kat Von D. No i ta czerń! Absolutnie intensywna, piękna i długotrwała. Pokochałam ten eyeliner od pierwszego użycia, choć początkowo byłam do niego nieco sceptycznie nastawiona. Myślę, że pokonał nawet mojego dotychczasowego ulubieńca, czyli Matt Liquid Liner również od NYXa. Już teraz wiem, że na jednym opakowaniu się nie skończy i będę do niego wracać. Jeśli miałabym wskazać jedną firmę, która robi najlepsze eyelinery ever, zdecydowanie byłby to NYX. Pełna gama kolorystyczna w przyjemnych dla portfelach cenach :)


4 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

L'Oreal Volume Million Lashes

3/03/2017 Marta Gałuszka 1 Comments

Kiedy ma się niezbyt długie i w dodatku sztywne rzęsy, oczekuje się wiele od maskar. Tak jest i w moim przypadku. Od czasu, kiedy pierwszy raz w życiu wytuszowałam swoje rzęsy, aż do teraz, przetestowałam ogromne ilości tuszów do rzęs. Jedne były lepsze od drugich, inne okazywały się totalnymi niewypałami, a na dłużej zatrzymałam się przy jednym i o nim dzisiejszy post.


Z  L'Oreal miałam okazję testować różne wersje maskary Volume Milion Lashes (klasyczną, So Couture, Fatale, czy Noir), ale tylko wersja klasyczna skradła moje serce. Najlepsza silikonowa szczoteczka, które świetnie wyczesuje rzęsy, bardzo dobra formuła tuszu i efekt, na którym mi zależy - czyli wydłużone i lekko pogrubione rzęsy. Nie sposób też nie wspomnieć o tym, że bardzo łatwo jest ją zmyć bez potrzeby nadmiernego pocierania oczu płatkiem kosmetycznym zwilżonym płynem dwufazowym. A u mnie to niezwykle ważne, nie znoszę mieć nie do końca zmytego makijażu oczu, a czasem mi się to zdarzało, zwłaszcza jak używałam maskary Maybelline Lash Sensational (która mogłaby zostać moim hitem, ale niemożność jej zmycia z rzęs w całości jest dla mnie absolutnie nieakceptowalna).


Moja budowa oka sprawia, że zazwyczaj tuszując rzęsy zawsze sobie nieco upaćkam zarówno górną, jak i dolną powiekę. Tutaj ten efekt prawie nie występuje, szczoteczka jest elastyczna i nabiera na tyle niewielką ilość tuszu, że ani nie powoduje kleksów, ani nie skleja rzęs. A jeśli kleks już się zdarzy, wystarczy poczekać, aż tusz zaschnie i zetrzeć go ze skóry patyczkiem kosmetycznym - bez uszczerbku dla podkładu! Trwałość? U mnie raczej żadne tusze się nie kruszą, choć czasami mam tendencję do rolowania rzęs pomiędzy palcami (okropny nawyk, z którym walczę!), zatem tusz wytrzymuje w stanie nienagannym te kilkanaście godzin od nałożenia do zmycia makijażu późnym wieczorem.


Na sam koniec wydajność! Standardowo tusze do rzęs nie nadają się do użytku już po około miesiącu codziennego używania, ta maskara za to będzie Wam służyć o wiele dłużej. Nawet lekko przyschnięta dalej świetnie sobie radzi z rzęsami. Jeśli chodzi o jej cenę, to różni się ona całkiem drastycznie zależnie od tego, gdzie zdecydujemy się ją kupić. Dla przykładu, w Rossmannie bez promocji kosztuje ponad 60 zł, a na Cocolita.pl w cenie standardowej 32,90 zł, a teraz w promocji 25,90 zł (muszę sobie zrobić zapasy, bo cena przyjemna dla portfela ;-)).

A tu jeszcze efekt na oku:

1 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

The Make-Up Day na targach Beauty Forum 2017 w Warszawie - mapa stoisk i nie tylko

3/02/2017 Marta Gałuszka 0 Comments

Czy któraś z Was wybiera się na targi Beauty Forum w Warszawie w dniach 11-12 marca? Jeśli tak, to przygotowałam dla Was częściowo opisaną mapkę stoisk. Skupiałam się na bardziej ciekawych i znanych markach kosmetycznych i paznokciowych. Mam nadzieję, że będzie to dla Was pomocne!

11 marca spotkacie mnie z pewnością już od rana na The Makeup Day w Strefie Blogera, później buszującą po stoiskach (a jakże!), a od godziny 16.00 będę miała przyjemność malować w strefie Pro Make Up Academy! Niesamowite wyróżnienie, bo w ten dzień od samego rana w strefie Pro Make Up będą malować Anshu, Kamila Patyna, Klaudia Kłos, Karolina Matraszek i Daniel Sobieśniewski. Będziecie tam ze mną? :) Moją modelką będzie cudna Sylwia, którą możecie znać z jej kanału: https://www.youtube.com/user/weakpointblog

Będę miała do rozdania również kilkanaście biletów na targi, rozdanie ogłoszę dzisiaj wieczorem na swoim profilu na Instagramie: http://instagram.com/trustmyself.pl :)


A teraz obiecana mapka stoisk :)

Zdjęcie możecie znacznie powiększyć po prostu w nie klikając :)

I jeszcze zbliżenie na strefę The Make Up Day :)

To z kim się widzę w sobotę na targach? :)))

0 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

#gradientchallenge - Part II

3/01/2017 Marta Gałuszka 1 Comments

Przedstawiam drugą część moich prac wykonanych w ramach #gradientchallenge. Dla przypomnienia o co w ogóle chodzi z tym wyzwaniem: w mojej głowie zrodził się pomysł fajnie ułożonego profilu na Instagramie, gdzie co trzeci kwadracik będzie plamą jednego, bądź 2 kolorów tworzących w dłuższej perspektywie przenikający się gradient. I tak o to powstało moje wyzwanie, makijaż inspirowany tymże kwadracikami, a raczej kolorami, z których są skomponowane.

Założeniem jest, by makijaż oczu i ust zrobić tylko przy użyciu jednego, w porywach dwóch kolorów, zgodnie ze schematem ich przenikania się w gradiencie. Wyzwanie zakończyłam jakiś czas temu, ale możecie zobaczyć jak wyglądał wtedy mój profil na Instagramie - zapraszam do klikania o TUTAJ! :)

Zatem poniżej reszta moich prac. Któraś z nich wpadła Wam w oko? :)




1 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Mollon Pro - czyli moje pierwsze lakiery (prawie) hybrydowe

2/27/2017 Marta Gałuszka 9 Comments

I mnie dopadło. Może to nie mania hybrydowa, ale miałam już dość ciągłej konieczności malowania paznokci lakierem, który i tak na drugi dzień najczęściej odpryskiwał. A co gorsza, moje paznokcie najczęściej po prostu się łamały i okropnie rozdwajały. Do tej pory nie wiem skąd problem wynikał, a nawet dalej wynika, bo częściowo dalej lubią się rozdwajać. Stąd mój pomysł na hybrydę w nieco łatwiejszej wersji, czyli manicure monofazowy.


Próbowałam przekonać się do manicure stricte hybrydowego, ale za każdym razem lakier pękał, odpryskiwał, albo co gorsza - zapowietrzał się, a po ściągnięciu lakieru moje paznokcie wołały o pomstę do nieba. Za pierwszym razem po ściągnięciu moje paznokcie dochodziły do siebie aż pół roku! Niemniej pokusa manicure, który trzymałby się dłużej niż kilka dni była nieodparta, dlatego postanowiłam zainwestować w lampę UV/LED, wszelkie cuda potrzebne do paznokci i oczywiście - lakiery monofazowe. Skusiłam się na nie, kiedy w salonie zrobiono mi pedicure z ich użyciem. Był niezniszczalny! Kosmetyczka w salonie użyła lakierów marki Mollon Pro, zatem naturalnym wyborem na moje pierwsze monofazy był właśnie Mollon. Na rynku nie ma za wiele tego typu hybryd, więc i wybór ograniczony, ale ja absolutnie nie żałuję.



Mollon Pro oferuje swoje monofazy również w zestawach (4 lakiery i obecnie 1x dehydrator i 1x remover), aczkolwiek ja je kupiłam w nieco innym zestawie: 3+1, w cenie bodaj 139 zł. Za drugim razem skorzystałam z promocji -30% i kupiłam solo kolejne 4 kolory (standardowa cena lakieru to 44 zł). Buteleczka ma 10 ml i wygląda jak standardowy lakier hybrydowy, czyli jest czarna, matowa. Producent na opakowaniu podaje czas utwardzania w lampie. Jak możecie zauważyć, czasy te są o wiele dłuższe niż dla hybryd. Ja mam lampę UV/LED 24W i pierwszą warstwę utwardzam minimum 40 sekund, a drugą 90 sekund. Kciuki czasami jeszcze dłużej.



Za pierwszym razem oczywiście nie przewidziałam tego, że lakier może spływać na skórki, więc po utwardzeniu lakieru miałam je trochę zalane i zaburzoną szerokość płytki. Natomiast już za drugim razem kładłam cieniutkie warstwy, które w końcu wyglądały idealnie. W przypadku monofaz wystarczą tylko 2 cienkie warstwy i jest pięknie. Co ważniejsze, nakładamy je na lekko zmatowioną i odtłuszczoną płytkę! Bez żadnych baz i topów :) Lakier trzyma się w zależności od koloru i warunków w jakich egzystujemy (czy lubimy gorące i długie kąpiele, czy często myjemy naczynia, itd.) od tygodnia do 10-12 dni. Uwielbiam to, że po utwardzeniu monofaz w lampie mogę robić wszystko, nie muszę czekać aż lakier wyschnie. A czasami klasyczny lakier, nawet wyschnięty, lubił się pomarszczyć, albo zarysować, masakra! Oczywiście, czasami zdarza się, że coś mi odpryśnie szybciej, ale raczej jest to związane z kruchością moich paznokci, które jednak od czasu do czasu lubią się rozdwoić i złamać. Jeśli chodzi o ściąganie monofazy, schodzi pod wpływem acetonu (zamoczony w acetonie wacik przykładamy na kilka minut do paznokcia i owijamy folią aluminiową) i odbywa się to bez uszczerbku dla paznokcia, bo nawet nie trzeba siły, żeby usunąć kopytkiem resztę lakieru.


Pomimo, że pokochałam monofazy, to jednak nabrałam chrapki, aby raz jeszcze wypróbować hybrydy. W końcu do trzech razy sztuka, prawda? :) Mam nadzieję, że kiedy wykonam je od A do Z sama, to będę mogła cieszyć się długotrwałym manicure bez odprysków. A i może moje pazurki w końcu odrosną na zadowalającą długość! Myślę, że dodatkowe warstwy pod postacią bazy i topu niejako wzmacniają paznokcie. Dlatego z utęsknieniem czekam na targi Beauty Forum w Warszawie, gdzie mam zamiar poszaleć trochę na stoiskach z lakierami, zwłaszcza w Indigo ;-)

9 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Anastasia Beverly Hills - paleta cieni Modern Renassaince

2/24/2017 Marta Gałuszka 8 Comments

Paleta, której pożądają wszystkie kosmetykoholiczki. Absolutny hit blogosfery, w 100% trafiający w obecne trendy kolorystyczne. Mowa oczywiście o palecie cieni Modern Renassaince od Anastasia Beverly Hills. Paletę tę przywiozła mi ze Stanów miesiąc temu kochana Sylwia (Keroina) i od tego czasu często po nią sięgam, nie tylko w codziennych makijażach.


W Stanach, przeliczając na złotówki, ta paleta kosztuje 195 zł, a w sklepach internetowych oferowana jest nawet w cenie 289 zł! Przebicie totalne, ale na czymś trzeba zarabiać ;)

Paleta utrzymana jest w ciepłych tonacjach, od beży, przez różo-czerwienie do brązów i jego pochodnych. Część cieni jest matowa, część ma wykończenie satynowe, a część można uznać, że jest foliowa (2 kolory: Vermeer i Primavera). Niektóre mają w sobie delikatne, odbijające światło drobinki. Wszystkie cienie mają "masełkowatą" formułę, bardzo łatwo nakładają się na skórę i równie łatwo się rozcierają. Ich intensywność na skórze można stopniować nabierając na pędzel mniejszą, bądź większą ilość cienia. Można nakładać je bez bazy, ale ja uważam to za profanację. W końcu to baza pozwala wydobyć ich potencjał i przedłuża ich trwałość na powiekach.


Tempera - cielisty odcień z drobinkami odbijającymi światło. Wykończenie satynowe.
Raw Sienna - odcień sieny palonej, wykończenie satynowe.
Golden Ochre - odcień, który kojarzy mi się z orzechem laskowym, ma w sobie drobinki. Wykończenie satynowe.
Burnt Orange - faktycznie to taki brudny odcień pomarańczy, matowy.


Vermeer - odcień różowego złota, cień foliowy.
Primavera - odcień zgaszonego złota, cień foliowy.
Buon Fresco - delikatny wrzosowy odcień, matowy.
Red Ochre - rudawo-czerwony odcień, matowy.


Antique Bronze - ciepły, złotawy brąz, wykończenie metaliczne.
Venetian Red - odcień brudnego różu, matowy, kiepska pigmentacja.
Love Letter - malinowy odcień, matowy, dosyć kredowy.
Warm Taupe - chłodny, jasny brąz, idealny do konturowania, matowy.
Cyprus Umber - matowa czekolada, przyjemna pigmentacja.
Realgar - nieco ciemniejszy niż Burnt Orange, bardzo ciepły, matowy.


Co mogę powiedzieć o tej palecie? Łączy nas taka "love/hate relationship". Raz ją kocham, raz nienawidzę. Kocham z uwagi na masełkowatą konsystencję i łatwość z jaką cienie się blendują, a nienawidzę za pigmentację obu różów (pozostawia wiele do życzenia). Na dodatkowy plus zasługuje dwustronny pędzelek (wzorem palet Naked z Urban Decay). Paleta ta sprawdza się zwłaszcza w bardziej dziennych makijażach. Klasycznego smokey nią nie zrobimy, bo mocno odczuwalny jest brak czarnego koloru. Natomiast jeśli nie posiadacie tej palety, a dodatkowo nie chcecie przepłacać, to w Inglocie z pewnością znajdziecie praktycznie identyczne odpowiedniki cieni zawartych w tej palecie ;-)

A na dokładkę 2 makijaże, do których wykorzystałam m.in cienie z palety Modern Renassaince:


8 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

AA CODE SENSIBLE Żel peelingująco-oczyszczający

2/22/2017 Marta Gałuszka 0 Comments

Nie ukrywam, że im więcej lat mi przybywa, tym większą uwagę przywiązuję do pielęgnacji skóry twarzy. Odkąd zaczęłam zwracać większą uwagę na produkty, których używam, moja skóra wygląda o wiele lepiej. Dla przypomnienia, przez ostatnie lata borykałam się z wszechobecnymi na mojej skórze zaskórnikami, których najwięcej miałam na brodzie i czole. Na szczęście są produkty, które pomagają mi dosyć skutecznie w walce z nimi. Czy i do tego grona należy Żel peelingująco-oczyszczający AA CODE SENSIBLE?


Najpierw kilka słów od producenta:
Odkryj przełomowy kod do spektakularnego piękna wrażliwej skóry . Zaawansowana formuła głęboko oczyszcza, delikatnie złuszcza i wspomaga odbudowę naturalnej bariery skóry. 
Do jakiego typu skóry?
Idealny dla każdego rodzaju skóry, szczególnie polecany dla skóry wrażliwej mieszanej i tłustej.


Teraz pora na kilka słów ode mnie. Jestem osobą zapominalską, więc jeśli chodzi o peelingi, to jestem z nimi trochę na bakier, ale staram się je wykonywać co najmniej 2 razy w tygodniu. Żel peelingująco-oczyszczający z AA lubię zwłaszcza za jego przyjemny, ogórkowy zapach. Dodatkowo umila zabieg :) Drobinki złuszczające są niewielkie, więc oczyszczają naprawdę delikatnie, ale po zmyciu peelingu czuć, że skóra jest odświeżona i po prostu - czysta. Regularne jego używanie sprawia, że nie mamy problemów z zapychającymi się porami, bo martwy naskórek w nich nie zalega. Podobnie jak producent, polecam ten peeling nie tylko posiadaczkom cer tłustych i mieszanych, ale również wrażliwych - zdecydowanie krzywdy Wam nie zrobi!


Konsystencja to taki nieco rzadszy żel. Drobinki są wielkości piasku, acz kiedy masujemy skórę, naprawdę je czuć, choć nie jest to absolutnie dyskomfortowe :) Żel rozprowadzamy na wilgotnej (ale nie mokrej) skórze i masujemy wykonując koliste ruchy. Następnie zmywamy ciepłą wodą i cieszymy się odświeżoną skórą! :)


Chyba jedynym minusem tego żelo-peelingu jest jego cena: 79 zł za 200 ml. Ale powiem Wam szczerze, że warto ;-)

0 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

NYX Control Drop Foundation - podkład w kropelkach

2/20/2017 Marta Gałuszka 11 Comments

Hit amerykańskiej blogosfery, a czy okaże się hitem również w Europie? Mowa oczywiście o najnowszym podkładzie NYX, czyli Control Drop Foundation. Z pewnością jest to coś nowego, na rynku niewiele jest podkładów w formie kropli, których krycie można budować. Dla uprzedzenia, podkład ten jeszcze nie jest dostępny w Polsce, ale pewnie wkrótce będzie ;)


Jestem posiadaczką odcienia Alabaster (i o dziwo nie jest to najjaśniejszy odcień! Choć okazuje się, że dla mnie jest nawet nieco zbyt jasny). Podkład zamknięty jest w szklanej buteleczce o pojemności 13 ml z kroplomierzem. Zgodnie z informacją na opakowaniu, 2 krople wystarczą dla uzyskania delikatnego, wręcz transparentnego krycia, 3 krople dadzą średnie krycie, a 4 i więcej kropli to krycie pełne. Od razu napiszę, jak to wygląda u mnie. Moja skóra jest mieszana i absolutnie niejednolita. Miewam plamy po wypryskach hormonalnych, mam też od urodzenia naczyniaki płaskie na czole i skroni. Dlatego w moim przypadku krycie jest niezbędne, a przy tym nie chcę efektu maski.


Podkład ten zazwyczaj mieszam z innymi podkładami i nakładam zawsze na uprzednio nakremowaną twarz (głównie z uwagi na jego jasność). Niemniej, dla celów niniejszego posta nałożyłam go kilka razy solo, aby zobaczyć, jak się będzie zachowywał na twarzy. Zacznijmy od sposobu aplikacji. NYX zaleca, aby nakładać go ichniejszym pędzlem, który dedykowany jest właśnie do tego podkładu (flat top z wybraniem w środku, aby można było w to miejsce wpuścić kropelki). Ja tegoż pędzla nie posiadam, a i nie odczuwam też jakoś potrzeby jego posiadania, zatem podkład nakładam za pomocą dłoni. Najlepiej jest to robić rozprowadzając podkład delikatnie pipetką po twarzy i szybko wklepywać, bo konsystencja podkładu jest baaaaaardzo rzadka, niczym woda.


Co mnie zdziwiło to to, że ten podkład mnie nieco ściąga, nawet pomimo użycia kremu nawilżającego i nie jest to przyjemne uczucie. W dodatku podkreśla suche skórki. Pierwszy raz zdarzyła mi się sytuacja, że po nałożeniu podkładu nawet nie miałam ochoty sięgnąć po puder matujący/utrwalający, co zawsze czynię - mając obawy, że będę odczuwać jeszcze większy dyskomfort. A nieprzypudrowany podkład jednak lubi migrować (np. na telefon). W mojej opinii ten podkład może być zbawieniem dla cer tłustych. Natomiast wracając do jego aplikacji, po nałożeniu nie wyglądałam zbyt ciekawie, kolor nieco zbyt jasny, krycie ok, choć bez rewelacji. Natomiast po około 5 min podkład zaczął się stapiać ze skórą, a koloryt nieco się wyrównał - zaczynałam wyglądać jak człowiek, ale suche skórki nadal były podkreślone. Delikatnie przymatowiłam skórę odrobiną pudru i zaczęłam testy.


Co mogę powiedzieć po kilkukrotnym jego użyciu? Niestety, odcień podkładu zdecydowanie jest dla mnie zbyt jasny, zatem nie stosuję go solo na dzień. Nieładnie odcina się od mojej nieco bardziej oliwkowej szyi. Natomiast przypudrowany trzyma się na skórze przyzwoicie, bardzo dobrze wyrównuje koloryt, no i krycie ma całkiem niezłe :) Jedynym problemem jest to przesuszenie, ale coś mi się wydaje, że ten podkład może być dobrą opcją na lato, kiedy skóra lubi się przetłuszczać.

Zrobiłam Wam na niego chrapkę? ;)

11 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)