Wild smokey - wasp inspired

2/27/2015 Marta Gałuszka 21 Comments

Cześć!

Korzystając z tego, że mamy piątek, chciałam Wam zaprezentować kolejny wieczorowy makijaż, choć zapewne tylko dla tych odważnych… Graficzny smokey z domieszką złota/żółci. Sama forma od razu skojarzyła mi się z ubarwieniem os, stąd zaczerpnęłam nazwę dla makijażu.



Do jego wykonania użyłam tylko trzech cieni nałożonych na bazę pod cienie Lily Lolo. Wykorzystałam cienie Makeup Geek w odcieniach: Corrupt, Lemon Drop (żółtawy) oraz Gold Digger (środek dolnej linii rzęs). Do tego dołożyłam czarną kreskę eyelinerem Rimmel, a same rzęsy wytuszowałam żółtą maskarą Miss Sporty. Brwi podkreśliłam farbką do brwi Make-Up For Ever Aquabrow w odcieniu 40. Na policzkach mam nałożony róż Ecolore w odcieniu Cute Watermelon, nieco powyżej rozświetlacz Lily Lolo Stardust, a na ustach szminkę Rimmel w odcieniu Airy Fairy.



Makijaż nie jest trudny do wykonania, choć zachowanie idealnych prostych linii oddzielających żółty kolor może być nieco skomplikowane, ale nie niewykonalne :) Ja w tym celu przyklejałam taśmę klejącą, która umożliwiła mi ostre przejście tonalne z czerni w żółć i z żółci z powrotem w czerń. Jak się Wam podoba?


21 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

I see you - calling Spring!

2/23/2015 Marta Gałuszka 12 Comments

Cześć :)

Dawno nie zamieszczałam żadnego makijażu, chyba najwyższa pora, prawda? Tym razem coś bardziej nadającego się do noszenia, w wiosennych kolorach, bo to, co widzę ostatnio za oknami to bardziej wiosna, niż zima w pełni (i mam nadzieję, że tak już zostanie :)).

12 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Błyszczyki: KOBO vs Sensique

2/17/2015 Marta Gałuszka 18 Comments

Cześć,

Walentynki już co prawda za nami, ale pięknymi ustami warto kusić cały rok. Zapewne doskonale wiecie, że kocham wszelkiego rodzaju szminki, a błyszczyków w mojej kolekcji jest coraz mniej. Co nie znaczy, że wcale ich nie używam. Czasami mi się zdarzy, choć zauważyłam, że moje usta wyglądają lepiej, jeśli są porządnie obrysowane konkretnym kolorem, a nie pociągnięte półtransparentnym błyszczykiem. Pomijając te uprzedzenia, mam dla Was dzisiaj recenzję 2 błyszczyków. Do rywalizacji stają błyszczyk Sensique Colorful Dream Lipgloss oraz KOBO Long Lasting Gloss Shine.


Dwa zgoła inne odcienie, które… uwielbiam ze sobą łączyć. Dzięki czemu uzyskuję niecodzienny kolor i blask. Natomiast zajmijmy się tymi produktami z osobna, tym jak prezentują się solo na ustach, jaką charakteryzują się trwałością oraz jakie są moje odczucia względem nich.


Na pierwszy ogień weźmy błyszczyk Sensique. Kolor, który posiadam nie ma nazwy, a jedynie numerek: 302. Jest to bladoróżowy, półtransparentny odcień z ogromem srebrzystych, iskrzących w świetle drobinek. Pięknie pachnie czymś na kształt melonów/arbuzów. Aplikator w formie gąbeczki nabiera niedużą ilość produktu, więc trzeba kilka razy nabierać błyszczyk, aby pokryć całe usta. Trwałość? Jak to błyszczyk, rewelacji nie ma, ale za to nie klei się, delikatnie nawilża usta i jest całkiem przyjemny w smaku (bo chcąc, nie chcąc, większą część produktu po prostu zjadamy). No i w dodatku jest tani, kosztuje tylko około 7 zł za 10 ml produktu. A poniżej możecie zobaczyć, jak prezentuje się na ustach.
 




Było delikatnie, to teraz pora na odcień z lekkim pazurem, czyli malinową czerwień. W przeciwieństwie do błyszczyka Sensique, błyszczyk KOBO trochę mocniej kryje i nadaje ustom więcej koloru. Tutaj zdecydowanie możemy zobaczyć, że usta nabierają w miarę aplikacji, coraz bardziej soczysty odcień malinowej czerwieni. Odcień tego błyszczyka ma nazwę 214 Raspberry Cocktail. Po nałożeniu na usta, tworzy odbijającą światło taflę koloru. Również posiada w sobie drobinki, ale nie są tak wyraziste jak drobinki w błyszczyku Sensique. Trwałość zadowalająca, trzyma się trochę dłużej na ustach (w nazwie produkt ma zawarte „Long Lasting”), ale myślę, że to zasługa konsystencji, jest bardziej kleisty, zwarty. Pomimo, iż się „zjada”, to jednak mgiełka koloru nadal jest widoczna na ustach. Na pewno ma zupełnie inny zapach, KOBO pachnie karmelem, słodko, ale nie mdło. W jego przypadku aplikator to pędzelek i przy tej konsystencji produktu, zdecydowanie bardziej się sprawdza, łatwiej aplikuje się go na usta. Kosztuje 18 zł za 9 ml produktu. A poniżej efekt, jaki możecie osiągnąć po nałożeniu go na usta.



A dodatkowo zmiksowane ze sobą dwa powyższe odcienie (wczoraj zamieszczony makijaż) – wyglądają ciekawie, prawda? 



18 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

KOBO - Pre-Summer Smokey

2/16/2015 Marta Gałuszka 12 Comments


Cześć!

 Jakiś czas temu publikowałam poniższy makijaż na moim fanpagu na Facebooku oraz na Instagramie. Pora uchylić rąbka tajemnicy jeśli chodzi o użyte kosmetyki. Wspominałam, że do makijażu oczu użyłam matowych cieni KOBO Mono.


Do powyższego makijażu użyłam cieni KOBO: 138 Urban Gray (na całą powiekę), 143 Rosy Brown (do roztarcia szarości w załamaniu), 112 Violet (załamanie górnej powieki od wewnętrznego kącika oka oraz linia wodna i nieco poniżej), 136 Turqoise (zewnętrzne załamanie górnej powieki i wewnętrzny kącik dolnej powieki oka).  Rzęsy pomalowałam maskarą KOBO Black Perfection Mascara. Na ustach zmiksowałam dwa odcienie błyszczyków: KOBO Long Lasting Gloss Shine 214 Raspberry Cocktail oraz Sensique Colorful Dream Lipgloss 302.


Z matowymi cieniami nigdy nie lubiłam się jakoś zbytnio, dużo łatwiej jest operować cieniami o wykończeniu metalicznym, czy satynowym. Maty zazwyczaj bardzo ciężko się rozcierają, dlatego raczej od nich stroniłam. Natomiast postanowiłam dać szansę cieniom KOBO. Cienie KOBO lubię od bardzo dawna, podobnie jak pigmenty (choć też nie wszystkie). Bardzo dobra jakość za małe pieniądze (plus duża gama kolorystyczna, zwłaszcza teraz, kiedy z marką współpracuje Daniel Sobieśniewski). Jakie są moje wrażenia? Cienie, o dziwo, bardzo dobrze się rozcierają, choć szarość traci nieco na intensywności przy roztarciu i trzeba ją uzupełnić dociskając pędzlem do powiek. Natomiast zielono-turkusowy, fiolet oraz czerwień to mocno nasycone kolorem odcienie, będą idealne do letnich makijaży i jak dla mnie, świetnie ożywają ciemniejsze makijaże typu smokey (co widać na powyższym przykładzie). Trwałość na powiece (nałożone na bazę) jest bardzo zadowalająca. Nie bledną w trakcie noszenia i nie wchodzą w załamania powiek.

 
 


Cienie KOBO można zakupić w formie wkładów, bądź zapakowane w słoiczki. Ja preferuję tę pierwszą wersję, dlatego, że łatwiej jest mi przechowywać cienie w paletach magnetycznych. Tym bardziej, że mają wielkość zbliżoną do wkładów cieni Makeup Geek, które królują w moim kufrze. Cena pojedynczego cienia w opakowaniu to ok. 18 zł, wkładu –  ok. 10 zł.

Poniżej swatche matowych cieni KOBO, które na ten moment posiadam (swatche wykonane na suchej skórze, bez bazy):




12 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)