Przypominajka o konkursie - egzotyczna fauna i flora

9/19/2013 Marta Gałuszka 43 Comments

Cześć!

Coś dziewczyny Was lenistwo ogarnęło, bo dostałam bardzo mało zgłoszeń do egzotycznego konkursu. Dlatego postanowiłam przedłużyć czas jego trwania do 30 września 2013 roku włącznie - mam nadzieję, że to Was zmobilizuje i coś zmalujecie, bo nagrody świetne (uwielbiam cienie Glazel!), a malowanie takich cudów to niesamowita frajda! I żeby pokazać Wam, że to wcale nic trudnego, sama dzisiaj po przyjściu z pracy i małych zakupach zasiadłam do pędzli i zmalowałam makijaż inspirowany bardzo egzotycznie wyglądającą żabą. Dawno nie byłam tak zadowolona ze swojego makijażu, więc chyba temat powinien Wam przypaść do gustu, jak i mnie :) A możliwości są nieograniczone!





A za moją inspirację posłużyła:
http://www.cuteandweird.com/wp-content/uploads/2009/07/frog.png


Inspirujemy się egzotyczną fauną i/lub florą. Jest tyle pięknych, kolorowych zwierząt i roślin na świecie, spróbujcie! Przypominam nagrody, które można zgarnąć, a są dwie: za najlepszy makijaż inspirowany fauną i druga, za najlepszy makijaż inspirowany florą - oczywiście egzotyczną!



Na co jeszcze czekacie?! Do pędzelków marsz!!! :)))))

Przy makijażu użyłam BB Creamu od Catrice, podkładu Annabelle Minerals w odcieniu Golden Fairest jako korektora na niedoskonałości, korektora KOBO Modelling Illuminator pod oczy, całość przyprószyłam pudrem wykańczającym Lily Lolo Flawless Silk. Na powieki nałożyłam bazę pod cienie Lime Crime Candy Eyed Eyeshadow Helper, brwi podkreśliłam secikiem do brwi z Oriflame. Jeśli chodzi o cienie, jasny błękit to jeden z satynowych cieni Glazel Cosmetics z mojej spersonalizowanej paletki, podobnież jak i czerń, ciemny cyjan pochodzi z palety BH Cosmetics Party Girl. Granatowe kropki zrobiłam używając eyelinera Lime Crime w odcieniu Lazuli, czerń zaś to eyeliner Lime Crime w odcieniu Quill. Rzęsy pociągnęłam maskarą Clinique High Impact Mascara. Policzki zdobi Rosebud od Lily Lolo, a usta zostały delikatnie podkreślone szminką Airy Fairy od Rimmel.

43 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Graficzne kocie oko

9/11/2013 Marta Gałuszka 24 Comments

Cześć :)

Pomimo przeziębienia, naszło mnie dzisiaj na małe malowanki. Dawno nie malowałam nic graficznego, więc stwierdziłam, że tym razem postawię na coś mniej wyjściowego (choć wiem, że pewnie znalazłyby się odważne, które wyszłyby tak pomalowane na miasto :)). Do makijażu użyłam cieni Makeup Geek w odcieniach Nautica, Drama Queen, Lemon Drop nałożonych na bazę pod cienie Lime Crime Candy Eyed, a dodatkowo Nauticę rozświetliłam niebieskim pyłkiem Static od Obsessive Compulsive Cosmetics. Żółty cień nałożyłam na uprzednio nałożony na dolną linię rzęs żółty eyeliner w żelu od Inglota o numerze 84. Na ustach mam nałożony Lip Tar w odcieniu Grandma również od Obsessive Compulsive Cosmetics. A na policzkach Rosebud od Lily Lolo





24 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Garnier - Hydra Adapt Dynamizujący Krem-Żel 24H Nawilżenia

9/10/2013 Marta Gałuszka 10 Comments

Cześć :)

Choróbsko mnie złapało, znowu! Ledwo tydzień byłam zdrowa... Nie lubię jesieni właśnie z tego powodu, non stop chodzę przeziębiona, oddycham przez usta (bo nos jest tak zatkany, że inaczej się nie da) i w ogóle taka jakaś bez chęci do życia jestem... No, ale ja nie o tym chciałam. Dzisiaj mam dla Was taką mini recenzję jednej z ostatnich nowości Garniera - Dynamizującego Kremu-Żelu Hydra Adapt polecanego skórze zmęczonej i pozbawionej blasku, czyli takiej jak moja. 




Garnier - Hydra Adapt Dynamizujący Krem-Żel 24H Nawilżenia

Kilka słów od producenta:
Polecany dla skóry zmęczonej i pozbawionej blasku. Hydra Adapt to nowa generacja kremów dopasowanych do codziennej pielęgnacji od Garniera. Nawilżające przez 24 godziny aktywne formuły zostały stworzone na miarę potrzeb różnych typów skóry, aby działać w harmonii ze skórą i odpowiadać na jej potrzeby.
24-godzinne nawilżenie: właściwości intensywnie nawilżającego eliksiru roślinnego, bogatego w minerały i składniki odżywcze, pomagają skórze uzupełnić poziom wody. Krem-żel stale zapewnia skórze nawilżenie, jakiego ona potrzebuje.
Krem dopasowany do indywidualnych potrzeb: jest wzbogacony w ekstrakt z cytrusów o właściwościach pobudzających. Krem-żel dodaje energii skórze, rozświetla i nadaje jej promienny wygląd. Krem-żel ma nietłustą, żelową konsystencję i szybko się wchłania. Należy nakładać go rano i wieczorem na całą twarz.

INCI:
Aqua, Glycerin, Alcohol Denat., Dimethicone, Butylene Glycol, Acer Saccharinum Extract, Ascorbyl Glucoside, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Caprylyl Glycol, Carbomer, CI 14700 / Red 4, CI 47005 / Acid Yellow 3, CI 77891 / Titanium Dioxide, Citronellol, Citrus Grandis Extract, Citrus Medica Limonium Extract, Dimethiconol, Disodium EDTA, Hibiscus Sabdariffa Extract, Limonene, Linalool, Mannose, Phenohyxethanol, Propylene Glycol, Sodium Hydroxide, Synthetic Fluorphlogopite, Parfum

Czy krem-żel sprawdził się u mnie?

Ten krem do twarzy ma konsystencję typowo żelową, wręcz wodnistą, błyskawicznie się wchłania. Przez co jest lekki, przynajmniej powinien taki być. Tutaj zaczynają się lekkie schody, bo w składzie wysoko ma glicerynę, alkohol oraz dimethicone, który, choć nie ma właściwości komedogennych, czasami może wywołać lekkie podrażnienie. Zacznę może od tego, że moja skóra aktualnie jest mocno kapryśna. Nie wiem, czym jest to spowodowane, pewnie po części brakiem odporności, a po części moją dietą, która jednak jest bogata w puste kalorie (słodycze), ale reaguje bardzo różnie. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam naprawdę gładką skórę, ciągle coś się na niej pojawia. Kremowi dałam szansę, choć bardzo uważam na to, co nakładam na twarz, odpowiednia pielęgnacja cery to przecież podstawa. Długo go nie poużywałam, bo znowu przeżyłam nalot niedoskonałości i nie będę tutaj obwiniać kremu, bo nie jestem tego na 100% pewna, ale postanowiłam wtedy przejść na bardziej naturalną pielęgnację, bez silikonów w składzie. Może przejdę do plusów - krem ładnie pachnie, aczkolwiek bardzo intensywnie, można nawet wyczuć alkohol, który jest w składzie. Pewnie wrażliwym nosom zapach nie spodoba się. Z właściwości  rozświetlających, faktycznie lekko rozświetla buzię, ożywia, może trochę nabłyszcza, dodaje takiego zdrowego błysku. Nadaje się pod makijaż, bo nic się na nim nie roluje, nie powoduje też przyspieszonego błyszczenia w ciągu dnia. Jeśli chodzi o nawilżanie, jest okej, ale bez rewelacji. Moja skóra potrzebuje czegoś więcej, zwłaszcza, że ją nieco przesuszam Brevoxylem. Krem wydaje mi się, że będzie fajny dla bardziej bezproblemowych cer. Plusem jest jego niska cena. 

Czy polecam ten krem?
Tylko osobom, które nie mają dużych problemów ze skórą i potrzebują lekkiego nawilżacza. 

Czy kupię go ponownie?
Nie, zbyt słabo nawilża.

W skali od 1 do 10 jak go oceniam?
Na 6.

Ile kosztuje?
Ok. 16 zł za 50 ml produktu.

Gdzie można go znaleźć?
W każdej drogerii.

10 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Glam pin-up i Glazel Visage w roli głównej

9/03/2013 Marta Gałuszka 59 Comments

Cześć!

W końcu kolorowo, makijażowo. Zatęskniło mi się trochę za robieniem makijaży, chociaż ostatnio wcale nie szaleję z formą, ale za to pozwalam sobie na więcej w kwestii kolorów. Zielenie nie należą do moich ulubionych, ale akurat w tym szczególnym makijażu zdecydowanie przypadły mi do gustu. Makijaż oczu wykonałam przy pomocy matowych cieni od Glazel Visage. Przyszedł w końcu czas, żeby je przetestować i wydać im rekomendację, dlatego też poniżej znajdziecie swatche wszystkich odcieni, które posiadam. 


Sam makijaż kojarzy mi się typowo z pin-upem, to pewnie te soczyście czerwone usta. Pokochałam tę matową szminkę Sleek miłością ogromną, choć moje usta nieszczególnie za nią przepadają... ;) Cienie nakładałam na bazę Lime Crime. Dosyć łatwo nimi operować, choć polecam strzepnąć nadmiar cienia z pędzla, bo inaczej będą wszędzie. Są mocno kredowe, więc osypywanie jest czymś naturalnym w ich przypadku. Ale za to świetnie się ze sobą łączą, a dodatkowo można nakładać jeden kolor na drugi, nieważne, czy nakładamy jasny na ciemny - efekt będzie bardzo dobry, ten wierzchni kolor zakryje w takim stopniu jak chcemy ten dolny. W taki sposób dużo łatwiej blenduje się taką czerń, jakiej użyłam na cały obszar ruchomej powieki. I tak czerń rozblendowałam cieniem w nieco rudawym kolorze, a zaś tę rudość odrobiną wanilii. W wewnętrznym kąciku postawiłam na akcent granatu, aby ożywić kolorystycznie makijaż górnej powieki. Dół zaś potraktowałam limonką i 2 odcieniami zieleni. Wewnętrzny kącik zaakcentowałam za to złotym pyłkiem również od Glazel Visage. Linię wodną oka podkreśliłam złotą kredką (choć wcale tego nie widać). Pozostało wytuszować rzęsy i podkreślić brwi, a makijaż był prawie gotowy. Skoro już użyłam zieleni, a zieleń świetnie łączy się z czerwienią, postanowiłam usta potraktować właśnie taką żywą czerwienią Sleek Matte Me Lipstick w odcieniu Party Pink, ale o równie matowym wykończeniu, co i cienie na oczach. A na policzkach gościła tym razem Clementine od Lily Lolo




A poniżej przedstawiam bohaterów dzisiejszego makijażu. Od Glazel Visage dostałam spersonalizowaną paletę (grawer w prawym, dolnym rogu) wypełnioną głównie matowymi cieniami (dwa z nich mają satynowe wykończenie) i dodatkowo kilka cieni w osobnych opakowaniach (ale nie tylko, reszta produktów wkrótce pojawi się na blogu). Paleta wygląda fajnie, grawer to była niespodzianka i miły akcent od firmy, za to zawartość robi zdecydowanie wrażenie. Swatche cieni nie były robione na żadnej bazie. Pigmentacja jest nieziemska, dawno nie miałam do czynienia z tak mocno napigmentowanymi cieniami, które czasem trudno jest zetrzeć nawet z palca. Małym minusem jest ich kredowość i osypywanie się, ale nie będę przyczepiać się do szczegółów. Ja jestem bardzo zadowolona, a gama kolorów, które oferuje Glazel Visage ogromna, więc jest z czego wybierać. 













Aż się chce dalej malować, tylko czasu brak! :)

59 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Goodbye damage? Czyli coś niecoś o włosach

9/01/2013 Marta Gałuszka 14 Comments

Cześć :)

Recenzji ciąg dalszy. Wiem, że trochę mało na blogu tej bardziej estetycznej części, czyli makijaży, ale postaram się poprawić :) Za to dzisiaj będzie coś o włosach, co jest raczej rzadkością na moim blogu. Nie jestem włosomaniaczką, nigdy nią nie byłam, chociaż przechodziłam etap zafascynowania olejowaniem i ogólnym dbaniem o nie. Natomiast moje włosy są specyficzne i olejowanie niekoniecznie im służyło, więc teraz stosuję po prostu lekkie szampony bez SLS, ale nic ponadto. Przez ostatni miesiąc używałam szamponu wzmacniającego Garnier Goodbye Damage oraz eliksiru do włosów Elseve od L'Oreal. Czy moje włosy je polubiły?



Garnier Fructis - Goodbye Damage Szampon Wzmacniający

Kilka słów od producenta:
Szampon wzmacniający o zniewalającym zapachu i kremowej konsystencji, która błyskawicznie zamienia się w przyjemną pianę.
Całkowicie nowa formuła wzbogacona została o Keraphyll i olejek z owoców amli. Jej sekretem jest podwójne działanie: wzmocnienie włosa od wewnątrz i uszczelnienie włosów od zewnątrz. Dzięki temu włosy są wzmocnione od środka oraz lśniące i gładkie na całej długości.

Czy szampon do włosów Goodbye Damage faktycznie pozbawił moje włosy uszkodzeń?

I tak, i nie. Dlaczego? Włosy faktycznie mniej się rozdwajają, albo inaczej, nie rozdwajają się praktycznie w ogóle. Natomiast nie wiem, czy to tylko i wyłącznie zasługa tegoż szamponu. Szampony to na tyle specyficzny produkt, że są na włosach przez tak krótki okres czasu, że w sumie nie ma zbytnio możliwości naprawczych w strukturze włosa, dlatego sceptycznie podchodzę do zapewnień producenta. Natomiast skupię się może na moich odczuciach względem tegoż produktu. Ma lejącą konsystencję, pachnie owocowo, zielonym jabłuszkiem, więc samo mycie to czysta przyjemność organoleptyczna. Dobrze się rozprowadza na włosach i dobrze je myje, ale zdecydowanie słabo się pieni, więc często trzeba go użyć więcej niż mniej (obniżona wydajność). Nie powoduje kołtunienia włosów, natomiast mam wrażenie, że odkąd go używam zaczął mi się robić łupież. A muszę nadmienić, że włosy spłukuję bardzo dokładnie, więc coś tutaj nie gra. Co prawda nie jest duży, ale sam fakt, że coś się na skalpie łuszczy nie jest zbyt fajny. Tak jak już wcześniej wspominałam, nie ustosunkowuję się do zapewnień producenta, ponieważ to raczej odżywka ma największy wpływ na to, jak nasze włosy wyglądają po wysuszeniu. A odżywkę po tym szamponie zdecydowanie trzeba użyć.

Czy polecam ten szampon?
Jeśli lubisz szampony, które mają owocowe, przyjemne zapachy i nie masz problemów z włosami, to myślę, że będziesz zadowolona.

Czy kupię go ponownie?
Nie, jeśli jest przyczyną mojego łupieżu, zdecydowanie go to dyskwalifikuje.

W skali od 1 do 10 jak go oceniam?
Na 6-7.

Ile kosztuje?
Ok. 10 zł za 250 ml produktu.

Gdzie można go znaleźć?
W każdej drogerii.





L'Oreal Paris Elseve - Eliksir Odżywczy

Kilka słów od producenta:
Eliksir Odżywczy od L'Oreal Paris to produkt pielęgnacyjny, który odżywia i wygładza włosy oraz pomaga chronić je przed codziennym oddziaływaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Bogata formuła o lekkiej, nietłustej konsystencji doskonale odpowiada na potrzeby wszystkich rodzajów włosów, pielęgnując je, dyscyplinując i dodając im blasku oraz miękkości bez obciążania fryzury!

Olejek będzie dzisiaj zdecydowanym bohaterem dnia!

Pielęgnacja włosów, jak już wspominałam, to nigdy nie był mój konik. Ale wszelakie olejki i tego typu produkty, które mają wygładzić i nabłyszczyć moje włosy bardzo lubię. Muszę nadmienić, że zużycie, które widzicie na powyższych zdjęciach nie jest "faktyczne". Olejku użyczyłam mojej współlokatorce, bo stwierdziła po paru próbach, że genialnie działa na jej wysuszone i zniszczone prostowaniem włosy, a kiedy przestaje go używać włosy są niesforne i nie chcą się układać. Coś w tym jest, bo ja jako posiadaczka bardzo długich włosów (długość prawie do talii), też się od niego uzależniłam. Olejek nakładam już po umyciu na lekko wilgotne włosy. Wystarczą 2 wyciśnięcia pompki, żeby nałożyć go w miarę na całą długość włosów (nie robię tego dokładnie). Nie obciąża włosów, nie powoduje ich nadmiernego przetłuszczania, a za to wygładza, nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie i włosy ogółem wyglądają o wiele zdrowiej odkąd go używam. Pachnie delikatnie, natomiast bardzo przyjemnie, lekko orientalnie. W jego skład wchodzi 6 olejków kwiatowych: z kwiatu lotosu (odżywia włókno włosa i chroni je), z rumianku (przywraca blask matowym włosom, zmiękczając włókno włosa), z kwiatu tiare (zapobiega wysuszeniu włosów), ze złocienia (przywraca włosom blask), z róży (dostarcza włosom składniki odżywcze) oraz z lnu (dostarcza włóknom włosów intensywne odżywienie). Zamknięty jest w bardzo estetycznej i luksusowo wyglądającej szklanej butelce z dozownikiem. Wydajność? Ekstremalna! I w przypadku takiej wydajności cena już nie wydaje się wcale tak straszna.

Czy polecam ten eliksir?
Jak najbardziej! Jeśli potrzebujesz nawilżenia włosów i nabłyszczenia ich bez efektu obciążania, powinnaś spróbować tego olejku!

Czy kupię go ponownie?
Tak, chociaż z tą wydajnością, to pewnie mi trochę zejdzie zanim go zużyję :)

W skali od 1 do 10 jak go oceniam?
Na 9!

Ile kosztuje?
Ok. 50 zł za 100 ml produktu.

Gdzie można go znaleźć?
W każdej drogerii, w której znajdziemy szafę L'Oreal Paris.


Romans z szamponem od Garniera co prawda nie zakończył się najlepiej, za to eliksir odżywczy Elseve od L'Oreal Paris zdecydowanie podbił moje serducho i pewnie przez dłuższy czas pozostanę mu wierna. A czy Wy miałyście okazję używać któregokolwiek z tych produktów?

14 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)