Lily Lolo - baza pod cienie

12/01/2013 Marta Gałuszka 17 Comments

Cześć :)

Dzisiaj o takim moim małym odkryciu ostatnich tygodni, czyli o bazie pod cienie Lily Lolo. Baz mam pod dostatkiem (co najmniej 2 z Lime Crime, które według mnie były/są niedoścignione), ale skoro już mam w swoim posiadaniu również bazę Lily Lolo, wypadało przeprowadzić kilka eksperymentów również na niej. Jak wypadła? Zapraszam do poczytania :)



Baza zamknięta jest w plastikowym, solidnym opakowaniu z otwieranym wieczkiem, a całość zapakowana jest dodatkowo w tekturowe pudełeczko. Piszę "baza", choć tak naprawdę są to 2 bazy w jednej. Różnią się od siebie kolorem, a dodatkowo konsystencją. Baza po lewej jest bardziej satynowa, błyszcząca, ma chłodny odcień, baza po prawej jest mocno kremowa, o żółtym kolorze (i właśnie tej bazy najczęściej używam). Baza pełni też poniekąd rolę "korekcyjną", żółtą można używać na sińce pod oczami, a cielistą do wyrównania kolorytu powiek. Czyli służy nam nie tylko do przedłużenia trwałości cieni, a de facto jest wielozadaniowa. Wystarczy dosłownie odrobina do pokrycia całych powiek, dlatego jest bardzo wydajna. Baza mocno podbija cienie, jednocześnie nie "wytępia" ich, to znaczy, czasami zdarzy się, że trudno jest rozetrzeć granice cieni nałożonych na bazę pod cienie. Tutaj nie ma to zupełnie miejsca. Na tej bazie cienie (wszystkie, bez wyjątku!) blendują się jak marzenie i to właśnie podbiło moje serce. Dotychczas uwielbiana baza z Lime Crime poszła w odstawkę między innymi dlatego, że wcale nie było tak łatwo blendować granic cieni. Czy przedłuża trwałość cieni? Tak, cienie trzymają się na swoim miejscu dopóki ich nie zmyjemy mleczkiem. Tutaj też na korzyść bazy Lily Lolo przemawia fakt, że wcale nie trzeba trzeć powieki, żeby pozbyć się cieni, jak ma miejsce przy bazie Lime Crime, wszystko schodzi gładko. Na ten moment nie używałam bazy jako korektora pod oczy, ponieważ jestem wierna tylko jednemu korektorowi i tylko jego używam, ale pewnie w ramach eksperymentu sprawdzę, jak sobie radzi również pod oczami (chociaż martwi mnie trochę ta kremowość, ze przez nią będzie wchodzić w mikro zmarszczki i je podkreślać). Może i jej koszt nie jest zbyt niski (niecałe 46 zł za 2g produktu), ale warto. Używałam wielu baz, ale tylko z tą polubiłam się praktycznie od pierwszego użycia do tego stopnia, że nie wyobrażam już sobie wykonania makijażu bez jej użycia. 

Oczywiście do nabycia w sklepie internetowym costasy.pl.



Od lewej: bez bazy, baza cielista, baza żółta.


PS. Co gorsza, rano robiłam swatche na bazie i w tym momencie okazało się, że nie wiem, gdzie ją posiałam. Takie rzeczy przydarzają się tylko mnie :) Mam nadzieję, że znajdzie się prędzej, czy później...

17 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

After midnight

11/27/2013 Marta Gałuszka 43 Comments

Cześć!

Najpierw mały wstęp, blog był i w sumie poniekąd nadal jest "zawieszony" z uwagi na to, że mam mało czasu, ale pora wprowadzić trochę zmian i stać się bardziej "multitasking" i perfekcyjnie zarządzać swoim czasem. Dlatego postaram się bywać tu częściej, tym bardziej, że mam o czym pisać i brakuje mi bloga, a także Was :) 

Przechodząc do meritum, mało też ostatnio maluję, bo wychodzę z domu, kiedy jest ciemno, wracam, również jest ciemno - uroki zbliżającej się zimy. Ale ten makijaż wykonałam ostatnio typowo pod wieczorne wyjście i postanowiłam się nim z Wami podzielić. Dosyć prosty dymek, w czerni i granacie (choć rozcierałam też brąz i fiolet), z dodatkiem złota. Do jego wykonania użyłam cieni Makeup Geek: Corrupt, Drama Queen, Duchess i Purple Rain, a złoto to sypki pigment od Glazel Visage. Cienie nakładałam na bazę pod cienie od Lily Lolo (notabene, świetna!), rzęsy wytuszowałam maskarą od Virtual, a brwi podkreślone Aquabrow. Uprzednio na buzię nałożyłam podkład mineralny Lily Lolo w odcieniu Warm Peach, a podkład kryjący Golden Fairest od Annabelle Minerals w formie korektora punktowo. Na policzkach mam róż Rosebud od Lily Lolo, a na ustach cudowną mieszankę dwóch odcieni szminek Lime Crime: Airborne Unicorn i Retrofuturist (w rzeczywistości dużo bardziej jagodowe i intensywne). 

Makijaż wykonywałam na już "zrobionym", tj. na oczach podkreślonych czarną kreską zrobioną eyelinerem od Makeup Geek, na eyeliner nałożyłam czarny cień, na niego nieco brązu z domieszką bakłażanu, a całość roztarłam fioletami i granatami. Na sam koniec nałożyłam złoty pyłek. 





43 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Bańką w cellulit?

10/28/2013 Marta Gałuszka 9 Comments

Cześć :)

Ależ mi zeszło z tym postem. Ta moja niesumienność w działaniu bywa czasem porażająca. Niemniej, jak to się mówi - lepiej późno, niż wcale, dlatego dzisiaj coś nie coś o jednym ze sposobów walki z cellulitem. Tym razem na tapecie bańki bezogniowe w duecie z olejkiem antycellulitowym. W walce z moim wrogiem pomagały mi firmy MedPlus (producent baniek bezogniowych) oraz Green Pharmacy (producent olejku antycellulitowego). Jak się sprawiły ich produkty?


Na wstępie muszę wspomnieć, że masaż bańkami jest co tu dużo mówić... bolesny. Masaże praktykowałam głównie przez lato, co w sumie nie było najlepszym pomysłem, bo kiedy przyłożyłam się do tego masażu, parę dni później na moich pośladkach i udach pokazywały się sporawe siniaki. Wiem, że to kwestia indywidualna i, jakby nie patrzeć, dobry objaw, aczkolwiek mało estetyczny dla oka, zwłaszcza, kiedy ubieramy kuse spodenki i spódniczki.



Jak masujemy?

Do tego celu potrzebujemy aż jedną bańkę bezogniową, trochę olejku antycellulitowego (aby ułatwić poślizg bańki) oraz pompkę, która pomoże nam wytworzyć podciśnienie w bańce.


Zacznę może od samych baniek. Bańki są szklane, jest w ich opakowaniu 12 sztuk z dołączoną do nich pompką, którą wytwarzamy w bańce podciśnienie po odessaniu części powietrza. Pewnie jako dzieci pamiętacie epizod z bańkami, które gościły na Waszych plecach - na pewno nie jest to przyjemne wspomnienie, tyle godzin w bezruchu... W tym przypadku bańki służą nam w innym celu, a dodatkowo gdyby zaszła taka konieczność, zawsze można użyć ich według babcinego sposobu, gdyż są dużo bezpieczniejsze niż bańki ogniowe.

Tak przyssana do ciała bańka nie wygląda może najprzyjemniej dla oka, uczucie też nie jest najlepsze, zwłaszcza, jak dokładnie przesuwamy okrężnymi ruchami po obszarze ud i pośladków. Z doświadczenia, najbardziej boli im wyżej po pośladkach się przesuwamy i im niżej ud się kierujemy. Ale ból można znieść każdy, jeśli widzi się efekty. A widzi się je, może nie tak spektakularne, jakby się mogło wydawać, ale skóra już po pierwszym zabiegu wygładza się, robi się przyjemna w dotyku, nawilżona. Duża tutaj zasługa olejku antycellulitowego Green Pharmacy, który choć bardzo tłusty i brudzący, to jednak świetnie się sprawdza w takim masażu. Podczas masażu widzimy, jak nadmiar olejku zbiera się w bańce, a dodatkowo podczas takiego masażu złuszczamy martwy naskórek, więc olejek zupełnie traci swą klarowność. Wrażliwcom taki widok może się zdecydowanie nie spodobać, ja na początku byłam zdziwiona, może trochę zszokowana, a potem przywykłam. Z uwagi na to, iż olejek jest brudzący, masaż polecam wykonywać w wannie, bądź prysznicu, a po zakończeniu wytrzeć nadmiar olejku papierowym ręcznikiem. Olejek świetnie natłuszcza skórę, więc polecam go osobom o bardzo suchej skórze. Nie pachnie najprzyjemniej (trochę jak anyżek), ale świetnie wygładza skórę. Jak to się mówi - coś za coś :) Za to bańki są niesamowicie łatwe w użytkowaniu, po każdym masażu, wystarczy umyć bańkę wykorzystując płyn do mycia naczyń i pozostawić do wyschnięcia!

Masaże wykonujemy przez 20 dni co drugi dzień, czyli około 10 zabiegów w cyklu (ale cykle można powtarzać). Pierwszy zabieg polecam, aby trwał max 5-8 minut, a potem systematycznie zwiększamy jego długość do nawet 15-20 minut (dla osób wytrzymałych i zdeterminowanych).

Efekty?

Nie zlikwidowałam cellulitu do samego końca. Tutaj trzeba czegoś więcej niż systematycznego masażu, powinnyśmy w to włączyć odpowiednią dietę i aktywność fizyczną. Ja, choć jestem aktywna fizycznie, nie stosuję odpowiedniej diety, bo nie umiem sobie odmówić od czasu do czasu fastfooda, czy czekolady, po prostu... :) Niemniej efekty są widoczne, skóra jest ujędrniona, bardziej napięta, bardziej zwarta w swojej strukturze. Przy napięciu pośladków dziurki (czyli tenże właśnie cellulit), które wcześniej były widoczne, są spłycone i dużo mniej rzucają się w oczy. Również przejeżdżając dłońmi po pośladkach nie czuć żadnych nierówności. Mam zamiar wrócić do masaży ponownie w zimie, tym bardziej, że taki masaż jest świetnym sposobem na rozgrzanie zziębniętej skóry, bo pobudza krążenie krwi i wytwarza wewnętrzne ciepło. Dodatkowo olejek jest mega wydajny (choć jakby nie patrzeć, dużo się przy aplikacji wylewa wszędzie tam, gdzie nie powinno - butelka jest mało poręczna), więc jedną butelkę zużywa się przez kilka cyklów. Czysta oszczędność pieniędzy! Czy podobne efekty osiągnęłabym stosując olejek solo? Nie sądzę, nie potrafiłabym sama tak mocno ugnieść skóry, aby składniki odżywcze olejku mogły przeniknąć do jej wnętrza. Bańki pozwalają przyspieszyć ten proces, a jednocześnie zdecydowanie nie wymagają użycia siły. Bańki bezogniowe + olejek antycellulitowy = duet idealny w walce z cellulitem.


Stosowałyście już podobny sposób, a może macie zamiar wypróbować? :)

9 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Wyniki konkursu - Zainspiruj się fauną i florą

10/06/2013 Marta Gałuszka 30 Comments

Cześć :)

Wiem, że z niecierpliwością czekałyście na wyniki konkursu, a ja trzymałam Was w niepewności... :) Opłaciło się czekać, opłaciło się przedłużyć konkurs o cały tydzień - ilość zgłoszeń i ich jakość mnie powaliła, jesteście niesamowite! Piękne, zdolne i kreatywne!

Najpierw wszystkie prace, które otrzymałam:


Wszystkie prace w dużym formacie:
I
II
A teraz pora na zwyciężczynie...

30 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Nowe nabytki - MUFE, Nuxe, Sephora, Clinique, Biochemia Urody, One Love Organics, Pai Cosmetics

10/02/2013 Marta Gałuszka 35 Comments

Cześć :)

Ogłoszenie wyników konkursu Glazel Visage postaram się zamieścić jutro, jak mi się uda, zasypałyście mnie wręcz zgłoszeniami, pięknymi zgłoszeniami :) Dzisiaj post z gatunku "Co nowego u trustmyself?", a raczej w mojej kosmetyczce :) Trochę tego nabyłam ostatnimi czasy :)


1. Make Up For Ever - Aquabrow
No cóż, za tym produktem chodziłam od Sephory do Sephory przez okrągły miesiąc, jeśli nie dwa. Za każdym razem odprawiona z kwitkiem (brak koloru nr 40), wściekła jak osa z każdą wizytą, a jednak powracająca co jakiś czas i w końcu moje poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem! Pani, która mnie obsługiwała wręcz zdziwiła się moją euforią, ale co ona tam może wiedzieć... :)
2. Sephora - Pędzelek do eyelinera
No jak już kupiłam farbkę do brwi, to wypadało jeszcze dokupić pędzelek. Pędzelków do eyelinera mam co prawda dużo, ale żaden na tyle sztywny, żeby sprawdzał się też przy malowaniu brwi.
3. Clinique - High Impact Mascara
Wycieczka do Douglasa skończyła się wymianą mojego starego tuszu na miniaturkę nowości od Clinique. Używam, jestem zadowolona :)



4. Nuxe - Huile Prodigieuse (Suchy olejek 50ml, suchy olejek z drobinkami 10ml, nawilżający krem do twarzy 15ml)
Sezon grzewczy w pełni, a moje dłonie są wysuszone na wiór. W tamtym roku świetnie radził sobie z nimi właśnie suchy olejek Nuxe, a, że miałam tylko miniaturkę, to na wiele nie wystarczył. Tym razem sprawiłam sobie pełne 50ml + miłe dodatki. Za cały zestaw zapłaciłam z wysyłką 50 zł i to najlepszy deal, jaki zrobiłam ostatnimi czasy! <3


5. Biochemia Urody - Tonik z kwasami
Nie mogę ostatnio patrzeć na stan swojej skóry i postanowiłam powziąć zdecydowane kroki, aby ten stan rzeczy poprawić. Zabawiłam się w małego chemika i zrobiłam tonik z kwasami, który stosuję codziennie (przecieram wacikiem tylko te miejsca, które chcę złuszczyć) i czekam, aż zacznie się poprawiać. Mam nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż później :)



7. One Love Organics - Skin Savior (Wielofunkcyjny balsam oczyszczający)
Oba produkty pochodzą ze sklepu internetowego Ecocentryk.pl, który zajmuje się sprzedażą niszowych w Polsce (a raczej w ogóle nieznanych), a bardzo popularnych w Anglii (i w ogóle na świecie), kosmetyków eko. Najbardziej jestem ciekawa balsamu, bo podobno oprócz tego, że idealnie sprawdza się przy demakijażu, to jeszcze dodatkowo świetnie nawilża spierzchniętą i łaknącą nawilżenia skórę. Czytałam opinie klientek na głównej stronie One Love Organics i tyle kobiet nie może się mylić! Teraz ja się przekonam na własnej skórze, czy faktycznie tak jest :)

Co Was zainteresowało najbardziej? :)

35 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Przypominajka o konkursie - egzotyczna fauna i flora

9/19/2013 Marta Gałuszka 43 Comments

Cześć!

Coś dziewczyny Was lenistwo ogarnęło, bo dostałam bardzo mało zgłoszeń do egzotycznego konkursu. Dlatego postanowiłam przedłużyć czas jego trwania do 30 września 2013 roku włącznie - mam nadzieję, że to Was zmobilizuje i coś zmalujecie, bo nagrody świetne (uwielbiam cienie Glazel!), a malowanie takich cudów to niesamowita frajda! I żeby pokazać Wam, że to wcale nic trudnego, sama dzisiaj po przyjściu z pracy i małych zakupach zasiadłam do pędzli i zmalowałam makijaż inspirowany bardzo egzotycznie wyglądającą żabą. Dawno nie byłam tak zadowolona ze swojego makijażu, więc chyba temat powinien Wam przypaść do gustu, jak i mnie :) A możliwości są nieograniczone!





A za moją inspirację posłużyła:
http://www.cuteandweird.com/wp-content/uploads/2009/07/frog.png


Inspirujemy się egzotyczną fauną i/lub florą. Jest tyle pięknych, kolorowych zwierząt i roślin na świecie, spróbujcie! Przypominam nagrody, które można zgarnąć, a są dwie: za najlepszy makijaż inspirowany fauną i druga, za najlepszy makijaż inspirowany florą - oczywiście egzotyczną!



Na co jeszcze czekacie?! Do pędzelków marsz!!! :)))))

Przy makijażu użyłam BB Creamu od Catrice, podkładu Annabelle Minerals w odcieniu Golden Fairest jako korektora na niedoskonałości, korektora KOBO Modelling Illuminator pod oczy, całość przyprószyłam pudrem wykańczającym Lily Lolo Flawless Silk. Na powieki nałożyłam bazę pod cienie Lime Crime Candy Eyed Eyeshadow Helper, brwi podkreśliłam secikiem do brwi z Oriflame. Jeśli chodzi o cienie, jasny błękit to jeden z satynowych cieni Glazel Cosmetics z mojej spersonalizowanej paletki, podobnież jak i czerń, ciemny cyjan pochodzi z palety BH Cosmetics Party Girl. Granatowe kropki zrobiłam używając eyelinera Lime Crime w odcieniu Lazuli, czerń zaś to eyeliner Lime Crime w odcieniu Quill. Rzęsy pociągnęłam maskarą Clinique High Impact Mascara. Policzki zdobi Rosebud od Lily Lolo, a usta zostały delikatnie podkreślone szminką Airy Fairy od Rimmel.

43 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Graficzne kocie oko

9/11/2013 Marta Gałuszka 24 Comments

Cześć :)

Pomimo przeziębienia, naszło mnie dzisiaj na małe malowanki. Dawno nie malowałam nic graficznego, więc stwierdziłam, że tym razem postawię na coś mniej wyjściowego (choć wiem, że pewnie znalazłyby się odważne, które wyszłyby tak pomalowane na miasto :)). Do makijażu użyłam cieni Makeup Geek w odcieniach Nautica, Drama Queen, Lemon Drop nałożonych na bazę pod cienie Lime Crime Candy Eyed, a dodatkowo Nauticę rozświetliłam niebieskim pyłkiem Static od Obsessive Compulsive Cosmetics. Żółty cień nałożyłam na uprzednio nałożony na dolną linię rzęs żółty eyeliner w żelu od Inglota o numerze 84. Na ustach mam nałożony Lip Tar w odcieniu Grandma również od Obsessive Compulsive Cosmetics. A na policzkach Rosebud od Lily Lolo





24 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Garnier - Hydra Adapt Dynamizujący Krem-Żel 24H Nawilżenia

9/10/2013 Marta Gałuszka 10 Comments

Cześć :)

Choróbsko mnie złapało, znowu! Ledwo tydzień byłam zdrowa... Nie lubię jesieni właśnie z tego powodu, non stop chodzę przeziębiona, oddycham przez usta (bo nos jest tak zatkany, że inaczej się nie da) i w ogóle taka jakaś bez chęci do życia jestem... No, ale ja nie o tym chciałam. Dzisiaj mam dla Was taką mini recenzję jednej z ostatnich nowości Garniera - Dynamizującego Kremu-Żelu Hydra Adapt polecanego skórze zmęczonej i pozbawionej blasku, czyli takiej jak moja. 




Garnier - Hydra Adapt Dynamizujący Krem-Żel 24H Nawilżenia

Kilka słów od producenta:
Polecany dla skóry zmęczonej i pozbawionej blasku. Hydra Adapt to nowa generacja kremów dopasowanych do codziennej pielęgnacji od Garniera. Nawilżające przez 24 godziny aktywne formuły zostały stworzone na miarę potrzeb różnych typów skóry, aby działać w harmonii ze skórą i odpowiadać na jej potrzeby.
24-godzinne nawilżenie: właściwości intensywnie nawilżającego eliksiru roślinnego, bogatego w minerały i składniki odżywcze, pomagają skórze uzupełnić poziom wody. Krem-żel stale zapewnia skórze nawilżenie, jakiego ona potrzebuje.
Krem dopasowany do indywidualnych potrzeb: jest wzbogacony w ekstrakt z cytrusów o właściwościach pobudzających. Krem-żel dodaje energii skórze, rozświetla i nadaje jej promienny wygląd. Krem-żel ma nietłustą, żelową konsystencję i szybko się wchłania. Należy nakładać go rano i wieczorem na całą twarz.

INCI:
Aqua, Glycerin, Alcohol Denat., Dimethicone, Butylene Glycol, Acer Saccharinum Extract, Ascorbyl Glucoside, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Caprylyl Glycol, Carbomer, CI 14700 / Red 4, CI 47005 / Acid Yellow 3, CI 77891 / Titanium Dioxide, Citronellol, Citrus Grandis Extract, Citrus Medica Limonium Extract, Dimethiconol, Disodium EDTA, Hibiscus Sabdariffa Extract, Limonene, Linalool, Mannose, Phenohyxethanol, Propylene Glycol, Sodium Hydroxide, Synthetic Fluorphlogopite, Parfum

Czy krem-żel sprawdził się u mnie?

Ten krem do twarzy ma konsystencję typowo żelową, wręcz wodnistą, błyskawicznie się wchłania. Przez co jest lekki, przynajmniej powinien taki być. Tutaj zaczynają się lekkie schody, bo w składzie wysoko ma glicerynę, alkohol oraz dimethicone, który, choć nie ma właściwości komedogennych, czasami może wywołać lekkie podrażnienie. Zacznę może od tego, że moja skóra aktualnie jest mocno kapryśna. Nie wiem, czym jest to spowodowane, pewnie po części brakiem odporności, a po części moją dietą, która jednak jest bogata w puste kalorie (słodycze), ale reaguje bardzo różnie. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam naprawdę gładką skórę, ciągle coś się na niej pojawia. Kremowi dałam szansę, choć bardzo uważam na to, co nakładam na twarz, odpowiednia pielęgnacja cery to przecież podstawa. Długo go nie poużywałam, bo znowu przeżyłam nalot niedoskonałości i nie będę tutaj obwiniać kremu, bo nie jestem tego na 100% pewna, ale postanowiłam wtedy przejść na bardziej naturalną pielęgnację, bez silikonów w składzie. Może przejdę do plusów - krem ładnie pachnie, aczkolwiek bardzo intensywnie, można nawet wyczuć alkohol, który jest w składzie. Pewnie wrażliwym nosom zapach nie spodoba się. Z właściwości  rozświetlających, faktycznie lekko rozświetla buzię, ożywia, może trochę nabłyszcza, dodaje takiego zdrowego błysku. Nadaje się pod makijaż, bo nic się na nim nie roluje, nie powoduje też przyspieszonego błyszczenia w ciągu dnia. Jeśli chodzi o nawilżanie, jest okej, ale bez rewelacji. Moja skóra potrzebuje czegoś więcej, zwłaszcza, że ją nieco przesuszam Brevoxylem. Krem wydaje mi się, że będzie fajny dla bardziej bezproblemowych cer. Plusem jest jego niska cena. 

Czy polecam ten krem?
Tylko osobom, które nie mają dużych problemów ze skórą i potrzebują lekkiego nawilżacza. 

Czy kupię go ponownie?
Nie, zbyt słabo nawilża.

W skali od 1 do 10 jak go oceniam?
Na 6.

Ile kosztuje?
Ok. 16 zł za 50 ml produktu.

Gdzie można go znaleźć?
W każdej drogerii.

10 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Glam pin-up i Glazel Visage w roli głównej

9/03/2013 Marta Gałuszka 59 Comments

Cześć!

W końcu kolorowo, makijażowo. Zatęskniło mi się trochę za robieniem makijaży, chociaż ostatnio wcale nie szaleję z formą, ale za to pozwalam sobie na więcej w kwestii kolorów. Zielenie nie należą do moich ulubionych, ale akurat w tym szczególnym makijażu zdecydowanie przypadły mi do gustu. Makijaż oczu wykonałam przy pomocy matowych cieni od Glazel Visage. Przyszedł w końcu czas, żeby je przetestować i wydać im rekomendację, dlatego też poniżej znajdziecie swatche wszystkich odcieni, które posiadam. 


Sam makijaż kojarzy mi się typowo z pin-upem, to pewnie te soczyście czerwone usta. Pokochałam tę matową szminkę Sleek miłością ogromną, choć moje usta nieszczególnie za nią przepadają... ;) Cienie nakładałam na bazę Lime Crime. Dosyć łatwo nimi operować, choć polecam strzepnąć nadmiar cienia z pędzla, bo inaczej będą wszędzie. Są mocno kredowe, więc osypywanie jest czymś naturalnym w ich przypadku. Ale za to świetnie się ze sobą łączą, a dodatkowo można nakładać jeden kolor na drugi, nieważne, czy nakładamy jasny na ciemny - efekt będzie bardzo dobry, ten wierzchni kolor zakryje w takim stopniu jak chcemy ten dolny. W taki sposób dużo łatwiej blenduje się taką czerń, jakiej użyłam na cały obszar ruchomej powieki. I tak czerń rozblendowałam cieniem w nieco rudawym kolorze, a zaś tę rudość odrobiną wanilii. W wewnętrznym kąciku postawiłam na akcent granatu, aby ożywić kolorystycznie makijaż górnej powieki. Dół zaś potraktowałam limonką i 2 odcieniami zieleni. Wewnętrzny kącik zaakcentowałam za to złotym pyłkiem również od Glazel Visage. Linię wodną oka podkreśliłam złotą kredką (choć wcale tego nie widać). Pozostało wytuszować rzęsy i podkreślić brwi, a makijaż był prawie gotowy. Skoro już użyłam zieleni, a zieleń świetnie łączy się z czerwienią, postanowiłam usta potraktować właśnie taką żywą czerwienią Sleek Matte Me Lipstick w odcieniu Party Pink, ale o równie matowym wykończeniu, co i cienie na oczach. A na policzkach gościła tym razem Clementine od Lily Lolo




A poniżej przedstawiam bohaterów dzisiejszego makijażu. Od Glazel Visage dostałam spersonalizowaną paletę (grawer w prawym, dolnym rogu) wypełnioną głównie matowymi cieniami (dwa z nich mają satynowe wykończenie) i dodatkowo kilka cieni w osobnych opakowaniach (ale nie tylko, reszta produktów wkrótce pojawi się na blogu). Paleta wygląda fajnie, grawer to była niespodzianka i miły akcent od firmy, za to zawartość robi zdecydowanie wrażenie. Swatche cieni nie były robione na żadnej bazie. Pigmentacja jest nieziemska, dawno nie miałam do czynienia z tak mocno napigmentowanymi cieniami, które czasem trudno jest zetrzeć nawet z palca. Małym minusem jest ich kredowość i osypywanie się, ale nie będę przyczepiać się do szczegółów. Ja jestem bardzo zadowolona, a gama kolorów, które oferuje Glazel Visage ogromna, więc jest z czego wybierać. 













Aż się chce dalej malować, tylko czasu brak! :)

59 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)