Pytanie dnia: Jaki korektor wybrać?

2/06/2012 Marta Gałuszka 9 Comments

Cześć!

Zacznę może od tego, że jestem okropną osobą, zapomniałam o pierwszych urodzinach bloga i wcale ich nie celebrowałam ;) Ale taka już jestem, nie przywiązuję wagi do dat, bo przypominają mi tylko jak szybko człowiek się starzeje. Też tak macie? Tak właśnie, mój blog początkiem stycznia skończył roczek, chociaż nadal raczkuje. A ja razem z nim... Niemniej, jestem Wam wdzięczna, że przez ten rok byłyście ze mną! Coś ostatnio nabrałam więcej zapału do życia (może to kwestia tego, że prawie skończyłam sesję egzaminacyjną na uczelni), więc notki powinny się tu pojawiać. Częściej niż co miesiąc ;)

Dzisiejszy temat nie jest chyba obcy żadnej z nas. Odwieczny dylemat, co by tu wybrać...


O tak, temat szeroki jak rzeka... Powiem szczerze, że nie jestem ekspertką w tej dziedzinie, bo w swoim życiu używałam może paru korektorów, którym byłam przez dłuższy czas wierna, aż znajdywałam coś innego i kolejnemu byłam wierna, etc. Mój pierwszy korektor miałam w swoich rękach mając lat 5, haha. Podkradałam mamie i malowałam nim usta ;) Swoją drogą, teraz usta w odcieniu nude są mega na czasie, a ja prawie 20 lat temu już na to wpadłam! Potem za czasów bycia nastolatką miałam dwustronny korektor antybakteryjny z Oriflame (zielono-beżowy), który ratował mi wtedy życie. Bo chociaż trądziku nie miałam wcale, to niestety od urodzenia borykam się z czerwonymi plamami na czole, skroni i bokach nosa (które z wiekiem zbledły, natomiast są nadal widoczne). Potem przyszedł etap kiedy zaczęłam w końcu używać podkładu (liceum), więc korektora aż tak bardzo nie potrzebowałam. Aż pod koniec liceum moje cienie pod oczami urosły do takich rozmiarów, że bez korektora się już nie dało... I od tej pory szukam swojego ideału. Czy go znalazłam? Niestety jeszcze nie, ale chyba jestem coraz bliżej ;) Rozpisałam się, a więc do rzeczy:

Zrecenzuję 3 korektory, które aktualnie używam, bądź używałam.

Ale najpierw charakterystyka newralgicznej części mojej twarzy, która po prostu wymaga użycia korektora: Obszar pod oczami, tak zwane cienie. Niestety genetyczne i niestety związane z tym, że mam pociągłą buzię, bardzo cienką skórę i brak tłuszczyku, który choć trochę wypełniłby ten obszar. Mój największy kompleks, który sprawia, że wyglądam na notorycznie niewyspaną. Oprócz tego ukrywam także rzeczone winne plamy, ale z nimi radzi sobie całkiem nieźle podkład (a raczej BB Cream), po nim wystarczy wręcz ociupinka dowolnego korektora. Sporadycznie miewam przykre niespodzianki, które także kryję z pomocą korektora.

Tak wygląda moja newralgiczna okolica:
Wersja saute, bez żadnych wspomagaczy pod postacią kremu, podkładu, etc.
TEST!

Numer 1: Dermacol (odcień 211):

Hm, jest to moja trzecia tubka Dermacolu. Wcześniejsze były nietrafione kolorystycznie (świnkowe odcienie), ale i tak ich używałam (jeszcze przed modernizacją opakowania). Bo przecież człowiek uczy się na błędach ;) Początkowo byłam zachwycona tym, jak dobrze kryje i w ogóle. Ale zauważyłam, że przez używanie tego specyfiku nabawiłam się zmarszczek pod oczami. Jego naprawdę treściwa konsystencja spowodowała przesuszenie już i tak suchej i wrażliwej okolicy oczu. A tym samym pogłębienie zmarszczek mimicznych (które posiadam, bo jestem wesołą osobą ;)). Dlatego za cel postawiłam sobie znalezienie korektora ideału, który nie będzie obciążał skóry pod oczami. I będzie jednak dopasowany lepiej kolorystycznie (211 nie jest złym odcieniem, ale nadal widzę w nim różowe pigmenty). W tym momencie używam tego podkładu zgodnie z przeznaczeniem, ale mieszając go z 2-3 innymi podkładami. Dzięki temu mam świetne krycie i przedłużoną trwałość makijażu (zwłaszcza na bazie). Polecam na wieczorne wyjścia i inne imprezy, gdzie zależy nam na nienagannym makijażu. Tubki tego podkładu bardzo nie lubię. Po pewnym czasie pęka i wszystko wyłazi przez dziury, a tego nienawidzę. I tutaj ma bardzo duży minus. Na plus jest oczywiście cena, bardzo korzystna, bo podkład/korektor starcza nam na co najmniej rok intensywnego używania. Dostępność może być - kupuję na allegro (poprawka, już nie kupuję).

A tak sobie radzi:
Nałożony na "nagą" skórę.

Rewelacji niestety nie ma. No i te zmarszczki...

Numer 2: La Femme - Vanish
                                     

Specyfik ten poznałam pierwszy raz bodaj w 2009r., kiedy byłam na sesji zdjęciowej do kalendarza. Wizażystka zmierzyła się wtedy z moimi cieniami pod oczami z wykorzystaniem właśnie tego cuda. Powiem szczerze, że efekt w lustrze po skończonym makijażu zbił mnie z nóg. Jedyne, co byłam w stanie wykrztusić to: "WOW!". Długo szukałam tego czegoś w Internecie, żeby o tym poczytać, a tu jak na złość nie było niczego, brak opinii. Aż w końcu znalazłam sklep, który sprzedaje ten korektor i po prostu kupiłam (było to gdzieś z pół roku temu). Korektor ma barwę seledynową i nakładamy go POD makijaż. Nałożony na sińce mocno je rozjaśnia i po nałożeniu jeszcze podkładu wygląda to całkiem ładnie. Używam go także na moje winne plamy i również delikatnie je neutralizuje. Konsystencję ma dosyć treściwą, ale absolutnie nie jest ciężki. Wystarczy niewielką (!) jego ilość wklepać w newralgiczne miejsca. Początkowo efekt może zwalić z nóg (zielono-białe placki), ale po chwili bardzo ładnie wchłania się i już tak nie razi. A po nałożeniu podkładu to już w ogóle jest fajnie :)
Według informacji na słoiczku produkowany jest w Hollywood, czyli można domniemać, że to kosmetyk gwiazd ;)))) Za cenę około 39,00zł (dosyć wysoka cena, ale cóż...) otrzymujemy 0,09oz. produktu.Uwierzcie mi, to naprawdę sporo. Powyższe zdjęcia są z początku okresu używania przeze mnie tego korektora, ale teraz widać większy ubytek, co nie zmienia faktu, że jest bardzo wydajny i sądzę, że również powinien starczyć na co najmniej rok czasu. Zapach ma nieco chemiczny, ale nie przeszkadza aż tak, szybko się neutralizuje. 
A tak sobie radzi:

Troszkę razi w oczy ta "biel", ale podkład wszystko potem wyrównuje :)

Używam go w miarę często, jak sobie o nim przypomnę (na co dzień używam mojego najnowszego nabytku, ale o tym za chwilę). W jakiś sposób daje mi namiastkę wypoczętego spojrzenia. Polecam przy mniejszych problemach z cieniami pod oczami.

Numer 3: Skin79 - The Oriental Line Cover BB Cream Plus






Ten korektor zakupiłam kierując się jego bardzo pochlebnymi opiniami na wizażu (przede wszystkim pochwałami Agibil, która ma taki sam problem z cieniami pod oczami jak ja). Czy żałuję? Absolutnie nie :) Początkowo za bardzo nie wiedziałam jak się do niego zabrać, bo każdy korektor, którego używałam miał raczej treściwą konsystencję, a ten był płynny. A płynne to zazwyczaj nie zdaje egzaminu w takich przypadkach... Nie mogłam bardziej się mylić :) Drugim problemem był kolor, wydawał mi się mega ciemny, ale o dziwo świetnie dopasowuje się do karnacji. No cóż, w końcu to BB Cream prawda? Stosuję go jako uzupełnienie mojego BB Cream'u Intense Classic Balm (również firmy Skin79) i świetnie ze sobą współgrają. Wystarcza jego niewielką ilość wklepać pod oczami i mamy świeższe spojrzenie. Kolor cudnie stapia się z karnacją, nie włazi w zmarszczki w takim stopniu jak Demarcol (lekkie przetarcie ręką wystarcza) i dobrze trzyma się na skórze (zwłaszcza utrwalony pudrem fiksującym). W końcu czuję, że nie szkodzę swojej skórze pod oczami, a ją osłaniam. Z innymi niespodziankami też ładnie sobie radzi. Neutralizuje ich czerwony kolor i odwraca od nich uwagę. No prawie ideał ;) Ale ideałem nie jest. Nie kryje aż tak jak oczekuję tego po korektorze, więc nadal szukam mojego ideału. Następny w kolejce będzie pewnie korektor od pani Heleny Rubinstein, ale na razie fundusze mnie trzymają w ryzach ;)

Za 10g tubkę produktu zapłaciłam na ebayu (polecam kupować samodzielnie poprzez ebay bo jest po prostu taniej) bodaj 25zł (przesyłka jest oczywiście darmowa). Nie sądzę, aby ten korektor był równie wydajny jak Dermacol czy Vanish, ale nie będę narzekać, bo do drogich nie należy. I jest pięknie zapakowany, opakowany, zabezpieczony i w ogóle. Tylko lubi wylewać się z tubki, więc lepiej trzymać go dzióbkiem do góry. Tak w ramach przestrogi. Poza tym, uwielbiam azjatyckie kosmetyki :)

A tak sobie radzi: 
Nałożony na "nagą" skórę.
Stosuję go oczywiście na podkład, a nie pod niego jak na zdjęciu. Natomiast efekt widać gołym okiem. Oczywiście nakładając podkład bardzo cienką warstwą wklepuję go w okolice oczu i potem nakładam równie małą ilość korektora. 

Póki co to mój ulubiony korektor. A może Wy macie jakieś swoje ulubione korektory? Podzielcie się nimi w komentarzach! Będę miała pretekst do testowania kolejnych ;)

Wrzucam jeszcze swatche na dłoni wszystkich trzech:


Doskonale widać różnicę w konsystencji każdego :)

9 komentarzy:

  1. W wieku 5 lat wyznaczałaś trendy :). łiiiiiiiii, Dermacol 211 to też świnka... Ten zielony chyba poradził sobie najlepiej

    OdpowiedzUsuń
  2. Vanish to już kultowy korektor :) Kiedyś strasznie na niego polowałam, potem odpuściłam... Teraz znowu mi przypomniałaś o tej legendzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama sobie o nim całkiem niedawno przypomniałam i cóż, przepadłam ;)

      Usuń
    2. Mi też o nim przypomniałaś! Musze zakupić :)

      Usuń
  3. Jak będę mieć jakiś dopływ gotówki to może ten ostatni zakupię, bo i cena przystępna i efekt fajny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Vanish super wyglada tzn oko z nim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza, że jeszcze trzeba na niego nałożyć podkład ;) Ale lubię go.

      Usuń

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)