Studniówka

1/29/2011 Marta Gałuszka 0 Comments

Sąsiadka poprosiła mnie o wykonanie makijażu na studniówkę. Jej kreacja jest czarno-srebrna, więc w takiej tonacji starałam się utrzymać makijaż. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dodała jakiegoś akcentu kolorystycznego - a mianowicie fioletu. Zauważyłam, że jej włosy mienią się na głęboki fiolet, dlatego zdecydowałam się na taki akcent w makijażu.

Niestety nie otrzymałam zgody na publikację całej buzi, ale prezentuję makijaż oczu :) Do makijażu użyłam pigmentów kupionych na allegro w odcieniu srebra i przyrdzewiałego srebra. Dodatkowo brokat do ciała z limitowanki zmierzchowej Essence, który na żywo sprawia wrażenie na oku, jakby był rybią łuską odbijającą pięknie światło. W zewnętrznych kącikach czarny matowy cień z Manhattanu, a w załamaniu delikatna fioletowa łuna wykonana również pigmentem z allegro. Rzęsy wpierw podkręciłam zalotką, a następnie wytuszowałam maskarą The Falsies Maybelline.



Planuję zrobić dziś jeszcze jeden makijaż, ale na sobie na konkurs Maybelline - jak mi się w końcu włączy ich strona ;)

0 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Velvet Rose

1/27/2011 Marta Gałuszka 0 Comments

Dzisiaj rano miałam trochę więcej czasu i chęci, więc pokusiłam się o dzienny makijaż do pracy. Niestety dzień miałam okropny, ale to przemilczę.

Nie jest to step, ale makijaż jest baaaardzo prosty, wręcz dziecinnie prosty do wykonania. Wykorzystałam cienie z poczwórnej paletki Rimmel w kolorze fioletu (prezentowanej na jednym ze zdjęć w 2 notce) - aczkolwiek najfajniej na oku wygląda perłowy biały, reszta jest raczej nijaka. Zewnętrzny kącik i załamanie zaznaczyłam rdzawym fioletem no name. Dodatkowo czarna kreska wzdłuż linii rzęs i mocno wytuszowane rzęsy. Na policzkach róż z paletki Oriflame w odcieniu chłodnego fioletowo-różowego koloru. Usta "nagie".


0 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Lip-gloss world

1/23/2011 Marta Gałuszka 1 Comments

Dzisiejszą notkę poświęcę w całości swatchom błyszczyków, które posiadam (mam ich jeszcze więcej, ale gdzie, to nie mam pojęcia^^). Swatche robiłam na ustach i od razu chciałabym przeprosić za jakość zdjęć - światło było wręcz tragiczne...

Większość błyszczyków jest firmy Rimmel. Polubiłam je, ładnie nawilżają i nabłyszczają usta, nie są nachalne, nie zjadają się aż tak szybko i nie rozlewają w brzydkie plamy po ustach.

Nr 1 - błyszczyk Rimmel Vinyl Gloss 610 Be Dazzled (koloruje usta na ładny, malinowy kolor, złote drobinki delikatnie odbijają światło):

 



Nr 2 - błyszczyk Rimmel Vinyl Gloss 130 Take A Chance (mleczny kolor opalizujący na złoto):

Nr 3 - błyszczyk Rimmel Vinyl Gloss 190 Pin Up (intensywnie landrynkowy kolor, bez żadnych drobinek):

Nr 4 - błyszczyk Rimmel Vinyl Gloss 140 Dance With Me (półtransparentny, różowawy ze srebrnymi odbijającymi światło drobinkami - ma chyba właściwości powiększające usta tak sądząc po zdjęciu...):

Nr 5 - błyszczyk Rimmel Vinyl Gloss 240 Fall In Love (różowy z różowymi i złotymi drobinkami):

Nr 6 - błyszczyk Rimmel Stay Glossy 460 Yours Forever (wygląda na bordowy i bardzo ciemny, ale na ustach daje subtelny odcień jeżyny):

Nr 7 - błyszczyk Oriflame Very Me Lip Gloss 20524 Neon Pink (neonowy róż, z niebieskawymi drobinkami obłędnie pachnący malinami! Błyszczyk to ten jaśniejszy):


Nr 8 - błyszczyk L'Oreal Glam Shine 171 Sheer Pink (mój dotychczasowy faworyt za odcienie, zapach i to nabłyszczenie ust! Intensywny różowy ze srebrnymi drobinkami):



Na razie to tyle swatchów, w świetle dziennym dodam, jak w końcu wydłuży się dzień ;) Błyszczyki Vinyl Gloss Rimmel pachną taką słodką krówką, chociaż szczerze powiedziawszy na początku ten zapach mi nie pasował, teraz natomiast bardzo go lubię.

Oceniając te błyszczyki dałabym im 8/10 - za gamę kolorów, za wrażenie na ustach, nawilżenie, zapach i cenę. Mają wygodne opakowanie, same mogą stać na półce. Aplikator mógłby za jednym razem nabierać trochę więcej błyszczyka, ale nie będę już wgłębiać się w aż takie szczegóły. Minusikiem jest trwałość - ale czego można spodziewać się po błyszczykach, jak nie zjadania właśnie?

Błyszczyk Very Me Oriflame - uwielbiam jego obłędny zapach i smak (i dlatego najczęściej go zjadam...), plus za cenę (w promocji 8,90zł), kolor również jest świetny (zwłaszcza w połączeniu ze szminką w drugiej części opakowania - ale błyszczyk można kupić osobno) - daję mu 9/10 (małym minusem jest aplikator - trzeba wiele razy maczać go w buteleczce, żeby w końcu pomalować całe usta).

Mój ulubieniec, czyli Glam Shine L'Oreal - dostaje 9/10, a jedynym jego minusem jest wysoka cena - ale tę cenę kompensuje za to niesamowity efekt tafli na ustach...

 Następna notka pewnie będzie dotyczyła swatchów szminek i możliwe, że cieni do oczu, także już zapraszam!

1 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Fiolet przełamany błękitem, oranżem i czernią

1/16/2011 Marta Gałuszka 4 Comments

Dziś zaprezentuję makijaż, który miałam przyjemność "nosić" wczoraj. Okazja była ku temu niezła, bo akurat bawiłam się w hostessę na wieczorze austriackim, gdzie rozlewałam i sprzedawałam austriackie (a jakże) wino.

Postanowiłam nieco zaszaleć i odejść od klasyki (czarna kreska eyelinerem, mocno wytuszowane rzęsy, podkreślone policzki i usta), efektem jest poniższy makijaż.

Użyłam do niego cieni, a raczej pigmentów kupionych via allegro (nie sądzę, aby były to pigmenty MAC'a, bo muszę je za każdym razem nakładać na Duraline Inglotu aby trzymały się na oku). Czarny cień to Rimmel (pojedynczy cień), ale słabiutko napigmentowany, nie polecam (do tej pory moim faworytem jest czarny, smolisty cień z Manhattanu). Rzęsy wytuszowałam maskarą The Falsies by Maybelline. Poliki muśnięte różem do policzków Rimmel, na ustach również błyszczyk Rimmel w kolorze soczystej truskawki.

Stepik nie będzie konkretny, bo przy tak słabym świetle ciężko uchwycić idealnie każdy kolor, a jeszcze mój aparat odmawiał posłuszeństwa i nie chciał ostrzyć zdjęć...

Ok, dość wstępu, przechodzimy do konkretów:

1. W wewnętrznym kąciku do mniej więcej połowy rozcieramy fioletowy cień (mój akurat opalizuje na delikatny  szafirowy kolor) zmieszany z płynem Duraline Inglot, aby wydobyć jego głębię . Nie musimy się póki co martwić o ostre krawędzie, później wszystko rozetrzemy w gładkie przejścia tonalne.



2. Tutaj akurat dodałam złotego brokatu w pyłku, który jednak potem, jak mi się koncepcja zmieniła, zamieniłam na różowy pomarańcz. Złoty kolor zajmuje około 1/3 szerokości ruchomej powieki.

3. Tutaj jak widać zamieniłam złoty pyłek na różowy pomarańcz. Oba kolory ze sobą roztarłam, aby nie było widać granic pomiędzy nimi. Dla spostrzegawczych, dolną powiekę zaznaczyłam jasnym, wręcz turkusowym cieniem (więcej o tym potem).


4. Na początku w zewnętrznym kąciku nałożyłam czarny cień i go roztarłam (wyszedł taki szarawy), potem stwierdziłam, że w załamaniu dodam nieco niebieskiego, aby ożywić odcień i wpasować się w konwencję całego makijażu. Pomarańcz delikatnie połączyłam z ciemniejszym kolorem.


5. Dolną powiekę, jak już wcześniej nadmieniłam zaznaczyłam od wewnętrznego kącika do mniej więcej połowy jasnym turkusowo-niebieskim cieniem, następnie mniej więcej pośrodku różowawym pomarańczem i zaraz przy kąciku fioletem (tym samym, który jest w wewnętrznym kąciku ruchomej powieki oka). Kolorki również ze sobą roztarłam.


6. Na sam koniec dokładnie wytuszowałam rzęsy oraz podkreśliłam brwi cieniami z paletki do brwi Oriflame (seria limitowana, już niestety niedostępna). Et voila! Lekko imprezowy, możliwe, że i codzienny makijaż gotowy! :)





Może będzie więcej zdjęć, bo wczoraj po "imprezie" załapałam się na "sesję zdjęciową" u znajomego "fotografa" ;))))

Enjoy!

4 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Pędzle, ach te pędzle...

1/11/2011 Marta Gałuszka 5 Comments

Dzisiejsza notka będzie notką informacyjną na temat pędzli do makijażu. Pamiętam jeszcze etap w swoim życiu, kiedy malowałam się pacynkami, albo wręcz palcami... Nigdy więcej! (chociaż czasem jeszcze sobie pociapię paluchami jak nie mam czasu się bawić ;) ).

Pierwsze pędzle kupowałam pojedynczo, w sieciowych drogeriach jak Rossmann, Natura, itp. Wtedy efekty, które za ich pomocą uzyskiwałam nie przekonywały mnie. Aż w końcu postanowiłam kupić sobie porządny zestaw. Inwestycja to za dużo powiedziane, bo za 10 pędzli zapłaciłam 65,00zł, ale zawsze to dobry początek. Kupiłam zestaw pędzli  Hakuro w etui z ekologicznej skóry. O jak na zdjęciu poniżej:



Przede wszystkim zależało mi na pędzlach do podkładu, różu, pudru sypkiego, korektora oraz pędzelku-kulce do rozcierania cieni. Większość pędzli jest ponoć z włosia naturalnego, ale ile w tym prawdy wie tylko producent, ja narzekać nie będę :) Ale po kolei...

Wszystkie pędzle mają wygodne rączki wykonane z leciutkiego, pomalowanego na czarno drewna. Dobrze się je trzyma. Pędzle z mojego etui nie gubią włosia, jak u niektórych właścicielek tychże pędzli, nawet po praniu, które często, a raczej bardzo często im urządzam.

Zaczynając od najmniejszego pędzelka (1 od lewej), czyli do ust. Jest równo ścięty, dosyć wiotki, ale sztywno trzyma się swojego kształtu. Nie nabiera zbyt dużo kosmetyku i można nim precyzyjnie obrysować całe usta. 

Pędzelek do eyelinera w kamieniu (2 od lewej) - włosie syntetyczne. Sztywny, ale bez przesady. Mój eyeliner jest faktycznie jak kamień i ciężko jest go nałożyć na pędzelek także raczej z niego nie korzystam (stosuję eyeliner płynny z pędzelkiem, ten w kamieniu wykorzystuję do smokey-eyes).

Pędzelek-kulka do rozcierania cieni (3 od lewej). Miał być moim faworytem a jednak się rozczarowałam... Jest wykonany ewidentnie z włosia naturalnego, ale jest zbyt wiotki! Wychodzę z założenia, że pędzelki do blendowania powinny być sztywniejsze, aby sprawniej rozprowadzać cień i tworzyć mgiełkę koloru na powiece. Stosuję go na samym początku robienia makijażu oczu, a potem wspomagam się pędzelkiem Maestro (o którym więcej później).

Ścięty pędzelek do cieni (4 od lewej). Równie wiotki jak jego poprzednik. Ciężko nim nałożyć cienie na powiekę, bo szybko z niego się osypują. Plus za kształt, można w miarę dokładnie wykonturować nim oko.

Pędzelek do nakładania cieni, tak zwana "łopatka" (5 od lewej). Ta sama przypadłość, co w pozostałych dwóch - wiotkość. Do nakładania cieni jest ok, można szybko pokryć kolorem całą powiekę. Ciężko tylko sprawić, aby cienie faktycznie trzymały się powieki, a nie osypywały na policzki :)

Pędzelek do blendowania - "miotełka" (6 od lewej). Ten to dopiero jest wiotki! Blendowanie nim to raczej udręka, jest dobry raczej do gilgotania ;)))) Ale żeby nie było, można wycieniować nim oko bez problemu, ale ja nie mam do tego cierpliwości...

Wreszcie moje ulubione!

Pędzel do korektora (7 od lewej) - włosie syntetyczne. Genialny, tak jak jego większa wersja do nakładania podkładu. Nabiera wystarczającą ilość specyfiku i dobrze się nim maskuje wszelkie niedoskonałości cery, czasem nie trzeba już w ogóle wklepywać, bo nie robi smug.

Pędzel do podkładu płynnego (8 od lewej) - również włosie syntetyczne. Mam wrażenie, że wsysa w siebie podkład, bo normalna ilość, jaką codziennie dozuję sobie na dłoń, a potem na twarz bez nakładania jej pędzlem, przy stosowaniu pędzla okazuje się zbyt mała... No, ale to jedyny jego mankament :) Rzadko tworzy smugi i bardzo łatwo nim rozprowadzić podkład na całej powierzchni twarzy, włącznie z zakamarkami. To chyba przez to, że jest bardzo plastyczny

Plus muszę dodać, że w końcu od kiedy zaczęłam używać pędzli do nakładania przysłowiowej "tapety" skończył się mój problem z wypryskami.

Kolejnym pędzlem jest pędzel ścięty do różu (przedostatni od lewej). Pomijam fakt, że strasznie się brudzi, ale przecież jest z białego, srebrzystego włosia naturalnego. Bardzo łatwo można nim wykonturować twarz, dobrze się nim nabiera brązer oraz rozświetlacz. Takim małym mankamentem jest to, że przy praniu włosie lubi się puszyć, ale w takiej sytuacji dobrze spisuje się odrobina odżywki, bądź jedwabiu do włosów.

Ostatnim pędzlem z serii Hakuro jest pędzel do pudru. Duży, mięsisty pędzel z włosia (mam nadzieję) naturalnego. Lubię go, dobrze nabiera się nim sypki puder transparentny i inne takie sypkie specyfiki. Można nim szybko omieść buzię. Jeden minus - szybko się brudzi i wymaga częstego prania (tutaj też jest potrzebna odżywka do włosów...)

Ogółem pędzle z Hakuro naprawdę nie są złe, zwłaszcza za tę cenę. Nie sądzę, żeby pędzle LancrOne, czy inne takie no name były lepsze jakościowo od nich (zwłaszcza, że często są droższe, choć jest ich więcej, ale po co komu tyle pędzli? Ja sama korzystam może z 4-5 w przypadku makijażu oka...). Bardzo łatwo się je pierze, włosie nie wypada, jak już wcześniej pisałam. Nie odkształcają się i sprawują się dobrze. Na początek przygody z makijażem zdecydowanie je polecam.


Ale nie samymi pędzlami Hakuro człowiek żyje :) W mojej kolekcji znajdzie się jeszcze parę perełek z Maestro, ale też z Sephory.

Z Maestro posiadam pędzel do blendowania nr 497, pędzel-kulkę do cieniowania nr 410 oraz pędzel do linii oczu (do eyelinera) zakrzywiony nr 790.

Z obu pierwszych pędzli jestem niezmiernie zadowolona. Wykonane są z włosia naturalnego. Mają wygodne rączki i odpowiednią długość trzonka. Zakrzywionego pędzelka do eyelinera jeszcze nie miałam okazji próbować, ale zbliża się jego wielki debiut :)

Jeśli chodzi o pędzelek do blendowania - to absolutny mój faworyt. Nie jest, jak w przypadku pędzli Hakuro wiotki, włosie ma tę specyficzną sztywność, dzięki której tak łatwo jest rozetrzeć cienie i połączyć je ze sobą bez sztucznych przejść tonalnych.

Mniejszy pędzelek - kuleczka bardzo fajnie pozwala cieniować oko, a zwłaszcza dolną powiekę (jest mały, idealnie nadaje się właśnie w tamte partie oka). Czasem też zmieniam jego przeznaczenie i to właśnie nim nakładam cienie (zwłaszcza jeśli korzystam również z płynu Duraline), drugi mój faworyt.

Mam jeszcze 2 pędzle z Sephory nr 23 do nakładania cienii oraz nr 14 do rozcierania w załamaniach powieki.



Nr 14 - sztywny, mięsisty, dobrze się nim nakłada ciemniejsze cienie w zewnętrznym kąciku i załamaniach powieki oczu oraz je rozciera.

Nr 23 jest idealny do nakładania cieni na powiekę, dobrze się nim nabiera odpowiednią ilość cienia, jestem na tak.


Z pędzlami jest tak, że jak kupisz już kilka to na nich nie poprzestaniesz. Ja nadal szukam swoich idealnych pędzli i skrycie marzę o tych od Bobbi Brown, może kiedyś... ;) Mam nadzieję, że ułatwiłam Wam ewentualny wybór pędzelków na przyszłe znoje z wizażem związane. Nie taki diabeł straszny, jak go malują!

A tu wszystkie moje pędzelki:

5 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Co Coty Polska dołożyło do wygranej sesji w Glamour...

1/09/2011 Marta Gałuszka 2 Comments

Niektóre z Was wiedzą, że miałam tę przyjemność wygrać sesję zdjęciową w miesięczniku Glamour w konkursie makijażowym zorganizowanym przez Glamour i Rimmel Polska.

Zdjęcie, a raczej makijaż, który wygrał prezentuję poniżej:


Różowo-oranżowy makijaż z białym akcentem w wewnętrznym kąciku oka. Wykonany zresztą za pomocą jednego z cieni Rimmel Color Rush 030 Siren (rzeczony różowy).

Nagrodą były oprócz sesji: zestaw kosmetyków Rimmel (wielka, 4 kg paczka), zestaw biżuterii specjalnie zaprojektowany dla Rimmel przez Martę Szafraniec oraz 2 torebki z płytą winylową. Zdjęcia poniżej:


Oto mój kufer, który wygrałam przy okazji konkursu Rimmel (znowu Rimmel ;)) zorganizowanego przez portal Wizaż.pl. W ramach konkursu codziennie przez prawie 2 tyg prezentowałam na specjalnie do tego celu stworzonym blogu makijaże inspirowane marką Rimmel. Udało mi się dostać wyróżnienie, za które nagrodą był właśnie kuferek kosmetyczny + zestaw kosmetyków Rimmel. Jak widać, kufer jest praktycznie pełny i ciężko znaleźć w nim miejsce na kolejne kosmetyki, których z każdym dniem mi przybywa...

Skrupulatnie będę też dodawać swatche i opisy kosmetyków, które w nim się znajdują (ale mój zbiór nie ogranicza się tylko do tego kuferka...). Dziś pododaję tylko fotki, a swatche zrobię w świetle dziennym :)

Paczka od Rimmel:

Brakuje tu niestety jeszcze 7 sztuk lakierów do paznokci, o których zapomniałam, ale lakierom poświęcę już jedną notkę, bo mam ich naprawdę sporo.

W paczce znalazłam oprócz 7 lakierów do paznokci 2 podkłady Rimmel Match Perfection w odcieniach 100 Ivory i 200 Soft Beige (który oddałam mamie, bo ja jestem bladolica). Nie testowałam jeszcze tego podkładu, ale jak tylko to uczynię to wtedy podzielę się wrażeniami. 



Kolejno znalazł się eyeliner Glam'eyes - pędzelek ma bardzo cieniutki, bardzo łatwo jest nim narysować kreskę na powiece, ale mam wrażenie, że jest bardzo płynny, aż zanadto. Nie zauważyłam, żeby jakoś mocno ścierał się w ciągu dnia, więc chyba jest dobrze. Kolor czarny - mocno czarny.

Maskara Lash Accelerator - śmieszna szczoteczka, pogrubiona w połowie długości, a na końcach wąziutka. Nie plastikowa. Mam dosyć sztywne rzęsy, które się nie chcą podkręcać i tylko niektóre maskary naprawdę sobie z nimi radzą (np. Wonder Lash Oriflame, The Falsies i Colossal by Maybelline), ta maskara sobie z nimi nie radzi. Skleja rzęsy jak na razie (zawsze daję jakiś tam czas maskarze zanim wydam ostateczną ocenę, bo wychodzę z wniosku, że każda maskara jak jest nowa, jest zbyt płynna i musi trochę poleżeć - wtedy dopiero można oceniać jej skuteczność). Póki co ten tusz do rzęs mnie nie zachwycił, zobaczymy za 2-3 tygodnie...

Błyszczyki Vinyl Gloss (od lewej):
1) cukierkowo-różowy - nr 140 Dance with me, ze srebrnymi dosyć sporymi drobinkami, które ładnie odbijają światło - mój jeden z ulubionych, nie koloruje ust, bardziej je nabłyszcza.
2) mleczny - nr 130 Take a chance - daje efekt nude ust, zawiera w sobie złote drobinki.
3) truskawka - nr 610 Be dazzled - delikatnie barwi usta na truskawkowy kolor, nie wygląda to wyzywająco, usta ładnie się błyszczą. Podobnie jak nr 130 zawiera złote drobinki.
4) intensywna landrynka - nr 190 Pin up - też delikatnie barwi usta, sprawia, że są jakby z wody, albo pokryte kisielem (;)), nie ma w sobie żadnych drobinek.

Aha, wszystkie błyszczyki pięknie pachną! Jedyny mankament to aplikator, który nabiera za mało błyszczyka i trzeba co chwila maczać go w buteleczce.



Szminki Hydra Renew (od lewej):
1) wiśniowy brąz - nr 840 Cherry licious (posiada złote drobinki).
2) intensywna czerwień - nr 500 Diva red 
3) delikatna brzoskwinia - nr 100 Dreamy 
4) złoty brąz - nr 860 Auburn breeze (złote drobinki) 

Szminek oprócz tej brzoskwiniowej nie testowałam. Brzoskwinka lekko nabłyszcza usta, odbija światło i daje subtelną, srebrzystą poświatę - dobry odcień na co dzień (już tak rymująco ujmując ;) ). 



Kolejno 4 kredki do oczu Soft Khol w kolorze zielonym, niebieskim, brązowym i czarnym, puder matujący w kamieniu Stay Matte odcień 004 Sandstorm i cienie do powiek z serii Glam'eyes:
1) w kolorze fioletowym (które podarowałam mamie)
2) brązowe sztuk 2 (trzy i 4 cienie w paletce)
3) do smokey eyes (czarny, srebrny i perłowo-biały)
Pojedyncze cienie:
1) czarny matowy
2) intensywnie niebieski
3) mocny granat
4) delikatny, opalizujący róż

A na koniec róż do policzków nr 037 Smoked Oyster brązowo-ceglasty.



Oprócz kosmetyków dostałam jeszcze zestaw biżuterii wykonanej przez Martę Szafraniec na specjalne zamówienie Rimmel Polska. Komplet srebrny z naturalnymi, barwionymi perłami:


Plus dwie torebki z płytą winylową ;)


 Rimmel mnie ostatnio rozpieszcza ;)))))

2 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)

Najtrudniejsze są początki...

1/07/2011 Marta Gałuszka 0 Comments

Wielokrotnie starałam się 'zmusić' do pisania bloga, a raczej blogów - bo przez te parę lat miałam ich kilka. Cóż - umarły śmiercią naturalną, bo pisanie o życiu to jednak nie moja broszka. Tym razem powinno być inaczej, bo kosmetyki, makijaż i wszystko, co z tym jest związane to moja pasja, którą po trochu (jeśli akurat nie mam lenia) rozwijam. 


Tak zaczęłam od końca, ale przedstawiać się nie będę, sensu w tym żadnego nie ma, pseudonim niech wystarczy. Ubiegam wszelkie pytania - nie, nie jestem profesjonalną wizażystką, jestem tylko osobą, którą fascynuje ten świat i nie wykluczam, że kiedyś rozgoszczę się w nim na dłużej.


Podsumowując (prawie jak w rozprawce ;)), blog ten będzie mi służył do oceniania i recenzowania kosmetyków, które miałam już okazję testować i które polubiłam, bądź nie, a także do prezentowania swatchów tychże specyfików na ciele i nie tylko. Będę też starała się zamieszczać makijaże, krok po kroku, a czasem, jeśli czasu braknie to sam efekt końcowy. 




No to tyle, następna notka będzie bardziej bogata w opisy i zdjęcia, I promise :)

0 komentarze:

Dziękuję, że zechciałaś przeczytać powyższą notkę i wypowiedzieć się na jej temat. Mój blog to nie miejsce na reklamę, proszę pamiętaj o tym :)