Mollon Pro - czyli moje pierwsze lakiery (prawie) hybrydowe

I mnie dopadło. Może to nie mania hybrydowa, ale miałam już dość ciągłej konieczności malowania paznokci lakierem, który i tak na drugi dzień najczęściej odpryskiwał. A co gorsza, moje paznokcie najczęściej po prostu się łamały i okropnie rozdwajały. Do tej pory nie wiem skąd problem wynikał, a nawet dalej wynika, bo częściowo dalej lubią się rozdwajać. Stąd mój pomysł na hybrydę w nieco łatwiejszej wersji, czyli manicure monofazowy.


Próbowałam przekonać się do manicure stricte hybrydowego, ale za każdym razem lakier pękał, odpryskiwał, albo co gorsza - zapowietrzał się, a po ściągnięciu lakieru moje paznokcie wołały o pomstę do nieba. Za pierwszym razem po ściągnięciu moje paznokcie dochodziły do siebie aż pół roku! Niemniej pokusa manicure, który trzymałby się dłużej niż kilka dni była nieodparta, dlatego postanowiłam zainwestować w lampę UV/LED, wszelkie cuda potrzebne do paznokci i oczywiście - lakiery monofazowe. Skusiłam się na nie, kiedy w salonie zrobiono mi pedicure z ich użyciem. Był niezniszczalny! Kosmetyczka w salonie użyła lakierów marki Mollon Pro, zatem naturalnym wyborem na moje pierwsze monofazy był właśnie Mollon. Na rynku nie ma za wiele tego typu hybryd, więc i wybór ograniczony, ale ja absolutnie nie żałuję.



Mollon Pro oferuje swoje monofazy również w zestawach (4 lakiery i obecnie 1x dehydrator i 1x remover), aczkolwiek ja je kupiłam w nieco innym zestawie: 3+1, w cenie bodaj 139 zł. Za drugim razem skorzystałam z promocji -30% i kupiłam solo kolejne 4 kolory (standardowa cena lakieru to 44 zł). Buteleczka ma 10 ml i wygląda jak standardowy lakier hybrydowy, czyli jest czarna, matowa. Producent na opakowaniu podaje czas utwardzania w lampie. Jak możecie zauważyć, czasy te są o wiele dłuższe niż dla hybryd. Ja mam lampę UV/LED 24W i pierwszą warstwę utwardzam minimum 40 sekund, a drugą 90 sekund. Kciuki czasami jeszcze dłużej.



Za pierwszym razem oczywiście nie przewidziałam tego, że lakier może spływać na skórki, więc po utwardzeniu lakieru miałam je trochę zalane i zaburzoną szerokość płytki. Natomiast już za drugim razem kładłam cieniutkie warstwy, które w końcu wyglądały idealnie. W przypadku monofaz wystarczą tylko 2 cienkie warstwy i jest pięknie. Co ważniejsze, nakładamy je na lekko zmatowioną i odtłuszczoną płytkę! Bez żadnych baz i topów :) Lakier trzyma się w zależności od koloru i warunków w jakich egzystujemy (czy lubimy gorące i długie kąpiele, czy często myjemy naczynia, itd.) od tygodnia do 10-12 dni. Uwielbiam to, że po utwardzeniu monofaz w lampie mogę robić wszystko, nie muszę czekać aż lakier wyschnie. A czasami klasyczny lakier, nawet wyschnięty, lubił się pomarszczyć, albo zarysować, masakra! Oczywiście, czasami zdarza się, że coś mi odpryśnie szybciej, ale raczej jest to związane z kruchością moich paznokci, które jednak od czasu do czasu lubią się rozdwoić i złamać. Jeśli chodzi o ściąganie monofazy, schodzi pod wpływem acetonu (zamoczony w acetonie wacik przykładamy na kilka minut do paznokcia i owijamy folią aluminiową) i odbywa się to bez uszczerbku dla paznokcia, bo nawet nie trzeba siły, żeby usunąć kopytkiem resztę lakieru.


Pomimo, że pokochałam monofazy, to jednak nabrałam chrapki, aby raz jeszcze wypróbować hybrydy. W końcu do trzech razy sztuka, prawda? :) Mam nadzieję, że kiedy wykonam je od A do Z sama, to będę mogła cieszyć się długotrwałym manicure bez odprysków. A i może moje pazurki w końcu odrosną na zadowalającą długość! Myślę, że dodatkowe warstwy pod postacią bazy i topu niejako wzmacniają paznokcie. Dlatego z utęsknieniem czekam na targi Beauty Forum w Warszawie, gdzie mam zamiar poszaleć trochę na stoiskach z lakierami, zwłaszcza w Indigo ;-)

Anastasia Beverly Hills - paleta cieni Modern Renassaince

Paleta, której pożądają wszystkie kosmetykoholiczki. Absolutny hit blogosfery, w 100% trafiający w obecne trendy kolorystyczne. Mowa oczywiście o palecie cieni Modern Renassaince od Anastasia Beverly Hills. Paletę tę przywiozła mi ze Stanów miesiąc temu kochana Sylwia (Keroina) i od tego czasu często po nią sięgam, nie tylko w codziennych makijażach.


W Stanach, przeliczając na złotówki, ta paleta kosztuje 195 zł, a w sklepach internetowych oferowana jest nawet w cenie 289 zł! Przebicie totalne, ale na czymś trzeba zarabiać ;)

Paleta utrzymana jest w ciepłych tonacjach, od beży, przez różo-czerwienie do brązów i jego pochodnych. Część cieni jest matowa, część ma wykończenie satynowe, a część można uznać, że jest foliowa (2 kolory: Vermeer i Primavera). Niektóre mają w sobie delikatne, odbijające światło drobinki. Wszystkie cienie mają "masełkowatą" formułę, bardzo łatwo nakładają się na skórę i równie łatwo się rozcierają. Ich intensywność na skórze można stopniować nabierając na pędzel mniejszą, bądź większą ilość cienia. Można nakładać je bez bazy, ale ja uważam to za profanację. W końcu to baza pozwala wydobyć ich potencjał i przedłuża ich trwałość na powiekach.


Tempera - cielisty odcień z drobinkami odbijającymi światło. Wykończenie satynowe.
Raw Sienna - odcień sieny palonej, wykończenie satynowe.
Golden Ochre - odcień, który kojarzy mi się z orzechem laskowym, ma w sobie drobinki. Wykończenie satynowe.
Burnt Orange - faktycznie to taki brudny odcień pomarańczy, matowy.


Vermeer - odcień różowego złota, cień foliowy.
Primavera - odcień zgaszonego złota, cień foliowy.
Buon Fresco - delikatny wrzosowy odcień, matowy.
Red Ochre - rudawo-czerwony odcień, matowy.


Antique Bronze - ciepły, złotawy brąz, wykończenie metaliczne.
Venetian Red - odcień brudnego różu, matowy, kiepska pigmentacja.
Love Letter - malinowy odcień, matowy, dosyć kredowy.
Warm Taupe - chłodny, jasny brąz, idealny do konturowania, matowy.
Cyprus Umber - matowa czekolada, przyjemna pigmentacja.
Realgar - nieco ciemniejszy niż Burnt Orange, bardzo ciepły, matowy.


Co mogę powiedzieć o tej palecie? Łączy nas taka "love/hate relationship". Raz ją kocham, raz nienawidzę. Kocham z uwagi na masełkowatą konsystencję i łatwość z jaką cienie się blendują, a nienawidzę za pigmentację obu różów (pozostawia wiele do życzenia). Na dodatkowy plus zasługuje dwustronny pędzelek (wzorem palet Naked z Urban Decay). Paleta ta sprawdza się zwłaszcza w bardziej dziennych makijażach. Klasycznego smokey nią nie zrobimy, bo mocno odczuwalny jest brak czarnego koloru. Natomiast jeśli nie posiadacie tej palety, a dodatkowo nie chcecie przepłacać, to w Inglocie z pewnością znajdziecie praktycznie identyczne odpowiedniki cieni zawartych w tej palecie ;-)

A na dokładkę 2 makijaże, do których wykorzystałam m.in cienie z palety Modern Renassaince:



AA CODE SENSIBLE Żel peelingująco-oczyszczający

Nie ukrywam, że im więcej lat mi przybywa, tym większą uwagę przywiązuję do pielęgnacji skóry twarzy. Odkąd zaczęłam zwracać większą uwagę na produkty, których używam, moja skóra wygląda o wiele lepiej. Dla przypomnienia, przez ostatnie lata borykałam się z wszechobecnymi na mojej skórze zaskórnikami, których najwięcej miałam na brodzie i czole. Na szczęście są produkty, które pomagają mi dosyć skutecznie w walce z nimi. Czy i do tego grona należy Żel peelingująco-oczyszczający AA CODE SENSIBLE?


Najpierw kilka słów od producenta:
Odkryj przełomowy kod do spektakularnego piękna wrażliwej skóry . Zaawansowana formuła głęboko oczyszcza, delikatnie złuszcza i wspomaga odbudowę naturalnej bariery skóry. 
Do jakiego typu skóry?
Idealny dla każdego rodzaju skóry, szczególnie polecany dla skóry wrażliwej mieszanej i tłustej.


Teraz pora na kilka słów ode mnie. Jestem osobą zapominalską, więc jeśli chodzi o peelingi, to jestem z nimi trochę na bakier, ale staram się je wykonywać co najmniej 2 razy w tygodniu. Żel peelingująco-oczyszczający z AA lubię zwłaszcza za jego przyjemny, ogórkowy zapach. Dodatkowo umila zabieg :) Drobinki złuszczające są niewielkie, więc oczyszczają naprawdę delikatnie, ale po zmyciu peelingu czuć, że skóra jest odświeżona i po prostu - czysta. Regularne jego używanie sprawia, że nie mamy problemów z zapychającymi się porami, bo martwy naskórek w nich nie zalega. Podobnie jak producent, polecam ten peeling nie tylko posiadaczkom cer tłustych i mieszanych, ale również wrażliwych - zdecydowanie krzywdy Wam nie zrobi!


Konsystencja to taki nieco rzadszy żel. Drobinki są wielkości piasku, acz kiedy masujemy skórę, naprawdę je czuć, choć nie jest to absolutnie dyskomfortowe :) Żel rozprowadzamy na wilgotnej (ale nie mokrej) skórze i masujemy wykonując koliste ruchy. Następnie zmywamy ciepłą wodą i cieszymy się odświeżoną skórą! :)


Chyba jedynym minusem tego żelo-peelingu jest jego cena: 79 zł za 200 ml. Ale powiem Wam szczerze, że warto ;-)

NYX Control Drop Foundation - podkład w kropelkach

Hit amerykańskiej blogosfery, a czy okaże się hitem również w Europie? Mowa oczywiście o najnowszym podkładzie NYX, czyli Control Drop Foundation. Z pewnością jest to coś nowego, na rynku niewiele jest podkładów w formie kropli, których krycie można budować. Dla uprzedzenia, podkład ten jeszcze nie jest dostępny w Polsce, ale pewnie wkrótce będzie ;)


Jestem posiadaczką odcienia Alabaster (i o dziwo nie jest to najjaśniejszy odcień! Choć okazuje się, że dla mnie jest nawet nieco zbyt jasny). Podkład zamknięty jest w szklanej buteleczce o pojemności 13 ml z kroplomierzem. Zgodnie z informacją na opakowaniu, 2 krople wystarczą dla uzyskania delikatnego, wręcz transparentnego krycia, 3 krople dadzą średnie krycie, a 4 i więcej kropli to krycie pełne. Od razu napiszę, jak to wygląda u mnie. Moja skóra jest mieszana i absolutnie niejednolita. Miewam plamy po wypryskach hormonalnych, mam też od urodzenia naczyniaki płaskie na czole i skroni. Dlatego w moim przypadku krycie jest niezbędne, a przy tym nie chcę efektu maski.


Podkład ten zazwyczaj mieszam z innymi podkładami i nakładam zawsze na uprzednio nakremowaną twarz (głównie z uwagi na jego jasność). Niemniej, dla celów niniejszego posta nałożyłam go kilka razy solo, aby zobaczyć, jak się będzie zachowywał na twarzy. Zacznijmy od sposobu aplikacji. NYX zaleca, aby nakładać go ichniejszym pędzlem, który dedykowany jest właśnie do tego podkładu (flat top z wybraniem w środku, aby można było w to miejsce wpuścić kropelki). Ja tegoż pędzla nie posiadam, a i nie odczuwam też jakoś potrzeby jego posiadania, zatem podkład nakładam za pomocą dłoni. Najlepiej jest to robić rozprowadzając podkład delikatnie pipetką po twarzy i szybko wklepywać, bo konsystencja podkładu jest baaaaaardzo rzadka, niczym woda.


Co mnie zdziwiło to to, że ten podkład mnie nieco ściąga, nawet pomimo użycia kremu nawilżającego i nie jest to przyjemne uczucie. W dodatku podkreśla suche skórki. Pierwszy raz zdarzyła mi się sytuacja, że po nałożeniu podkładu nawet nie miałam ochoty sięgnąć po puder matujący/utrwalający, co zawsze czynię - mając obawy, że będę odczuwać jeszcze większy dyskomfort. A nieprzypudrowany podkład jednak lubi migrować (np. na telefon). W mojej opinii ten podkład może być zbawieniem dla cer tłustych. Natomiast wracając do jego aplikacji, po nałożeniu nie wyglądałam zbyt ciekawie, kolor nieco zbyt jasny, krycie ok, choć bez rewelacji. Natomiast po około 5 min podkład zaczął się stapiać ze skórą, a koloryt nieco się wyrównał - zaczynałam wyglądać jak człowiek, ale suche skórki nadal były podkreślone. Delikatnie przymatowiłam skórę odrobiną pudru i zaczęłam testy.


Co mogę powiedzieć po kilkukrotnym jego użyciu? Niestety, odcień podkładu zdecydowanie jest dla mnie zbyt jasny, zatem nie stosuję go solo na dzień. Nieładnie odcina się od mojej nieco bardziej oliwkowej szyi. Natomiast przypudrowany trzyma się na skórze przyzwoicie, bardzo dobrze wyrównuje koloryt, no i krycie ma całkiem niezłe :) Jedynym problemem jest to przesuszenie, ale coś mi się wydaje, że ten podkład może być dobrą opcją na lato, kiedy skóra lubi się przetłuszczać.

Zrobiłam Wam na niego chrapkę? ;)


Eisenberg - Émulsion Secret Premières Rides

W moim wieku (wbrew pozorom nie jestem już tak młoda, jakby się mogło wydawać ;)), stawiam głównie na intensywne nawilżanie mojej skóry. Pomimo, że jestem posiadaczką cery mieszanej, to jednak jest ona bardzo wymagająca i skłonna do przesuszania. Zatem podstawą mojej codziennej porannej i wieczornej pielęgnacji jest krem nawilżający, a ostatnio również o działaniu przeciwzmarszczkowym. Stąd dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o bardzo przyjemnym kremie Eisenberg Émulsion Secret Premières Rides - czyli Emulsji na pierwsze zmarszczki.


O marce Eisenberg:
Dzięki swojej unikalnej tożsamości marka EISENBERG zyskała międzynarodową renomę w świecie urody. Przy tworzeniu każdego dzieła José Eisenberg wykorzystuje swoje dwie pasje:  HIGH-TECH i SZTUKĘ oraz jeden wymóg: DOSKONAŁOŚĆ. W otoczeniu swoich współpracowników, każdego dnia pracuje, by znaleźć idealną równowagę między skutecznością, innowacyjnością, zmysłową przyjemnością, elegancją, luksusem i ponadczasowością. Formuła Trio-Moléculaire® jest wynikiem 13 lat badań naukowych oraz 2 lat testów klinicznych i medycznych. 3 współdziałające molekuły stymulują naturalne funkcje młodej skóry, regenerując, dotleniając i stymulując ją. To naukowe odkrycie jest w sercu EISENBERGA i wchodzi w skład każdego kosmetyku tej marki.

Kilka słów od producenta:
Nawilżająca, antyoksydacyjna i przeciwzmarszczkowa emulsja w lekkiej i jednocześnie ultranawilżającej teksturze z pudrowym wykończeniem dla świeżej, pełnej blasku cery . Ta emulsja o wyjątkowym stężeniu Kwasu Hialuronowego i Formuły Trio-Moléculaire® redukuje zmarszczki i doskonale zwiększa nawilżenie. Przywraca skórze elastyczność oraz wyraźnie wygładza jej powierzchnię. Witaminy C i E uzupełniają działanie tej codziennej pielęgnacji dzięki swoim powszechnie uznanym właściwościom antyoksydacyjnym. To idealny kosmetyk na dzień i na noc dla skóry preferującej lekkie tekstury.


Wystarczy tylko spojrzeć na buteleczkę tego kremu, aby poczuć bijący od niego luksus. Dopracowana w każdym calu półprzezroczysta buteleczka typu airless z pompką, zwieńczona ciężką nakrętką z wytłoczonym logiem Eisenberg. Luksusowa jest również cena tego kremu, bo za 50 ml w Sephorze (marka dostępna jest tam na wyłączność) zapłacimy bagatela 350 zł. Warto? I tak, i nie. Oczekiwałam od tego kremu naprawdę wiele, zwłaszcza za tę cenę. Początkowo miałam zamiar używać go na dzień i na noc, ale szybko okazało się, że moja wymagająca skóra potrzebuje na noc czegoś mocniejszego jeśli chodzi o nawilżanie. Natomiast krem idealnie sprawdza się pod makijaż. Przepięknie pachnie, więc świetnie rozbudza, szybko się wchłania i tworzy dobrą bazę pod nakładany makijaż nie powodując jego ścierania się, a wręcz przedłużając jego trwałość. Używam go od ponad 2 miesięcy codziennie rano, do tej pory zużyłam połowę opakowania, więc całkiem nieźle.



Czy odczuwam jakąś poprawę jeśli chodzi o stopień nawilżenia i redukcję zmarszczek? Częściowo tak. Przede wszystkim muszę przyznać, że moja kapryśna skóra bardzo polubiła ten krem, a jest skłonna do zapychania i zaskórników. Odkąd go używam, nie mam zbyt wielu problemów skórnych, a jeśli już, to tylko te na podłożu hormonalnym (związane z cyklem). Skóra jest ukojona i miękka w dotyku, koloryt wyrównany, delikatne zmarszczki mimiczne jakby sprasowane - jest naprawdę nieźle. Ale czy tego należałoby oczekiwać po kremie za 350 zł? Możecie odpowiedzieć sobie same :)

Maska, dla lubiących 'łaskotki' - Filorga Scrub&Mask

Przewrotny tytuł niniejszego posta, prawda? :) Ale to sama prawda, bo produkt Filorga Scrub & Mask to peeling i maska w jednym, ale za to maska o niezwykłych właściwościach! Ten produkt również znalazłam w presspacku po Sephora Open Doors i cóż powiedzieć, bardzo się polubiliśmy.


Kilka słów od producenta:
Innowacyjna maseczka do twarzy Filorga, łączy w sobie dwukierunkowe działanie: złuszczające i dotleniające. Preparat składający się z dwóch, kompatybilnych kierunków działania, daje dogłębne i długotrwałe działanie na skórę. Pierwszy etap - eksfoliacji, ma na celu usunąć martwe komórki warstwy rogowej, zanieczyszczenia oraz nadmiar sebum. Dzięki temu, skóra jest maksymalnie przygotowana do absorpcji składników aktywnych z drugiego etapu maski czyli dotlenienia. Składniki aktywne w postaci kompleksu witaminowego NCTF i kwasu hialuronowego przenikają w głębsze warstwy skóry, zapewniając intensywną rewitalizację i nawilżenie skóry. 
Filorga Scrub&Mask daje natychmiastowe uczucie świeżości i witalności, zapewnia komfort i ukojenie skórze. Lekka konsystencja maski łatwo się rozprowadza, nie powoduje podrażnień ani zaczerwienienia skóry, która pozostaje promienna i nawilżona. Preparat stanowi alternatywę dla zabiegów medycyny estetycznej, działając podobnie jak mezoterapia igłowa. Terapia maską złuszczającą Filorga jest kuracją biologiczną, bezpieczną i niezwykle skuteczną. 




Jak już wspominałam, jest to produkt 2 w 1, czyli peeling i maska. Produkt wydostajemy z opakowania po prostu naciskając na "talerz", ze środka którego wydobywa się porcja maski/peelingu. Czuć pod palcami złuszczające drobinki, które działają na zasadzie peelingu enzymatycznego delikatnie rozpuszczając martwe komórki naskórka. Produkt aplikujemy ruchami okrężnymi masując skórę, a potem zostawiamy na około 10-15 min i spłukujemy letnią wodą. Zaraz po nałożeniu zaczyna się magia, a raczej bardzo dziwne uczucie łaskotania. Bierze się to stąd, że maseczka zaczyna delikatnie bąbelkować, a te bąbelki pękać, co powoduje właśnie delikatne łaskotki. Przyznam szczerze, że lubię nawet to uczucie, całkiem relaksujące :) Po zmyciu naszym oczom ukazuje się odświeżona i dosyć "tępa" w odczuciu skóra, która aż się prosi o krem nawilżający. Stosuję tę maskę co najmniej raz w tygodniu, choć można po nią sięgać nawet 2-3 razy w tygodniu. Bardzo się polubiłyśmy, tylko cena jest nieco zaporowa, około 150 zł (w promocji, a normalnie około 185 zł) za opakowanie 55 ml (choć starcza na całkiem długo).

A poniżej prezentacja efektu, jaki daje maska nałożona na skórę. Na początku zaczynają się wytwarzać bąbelki, które później pękają - to oznacza, że maska działa :)